
ZUZANNA BOGUBOWICZ
PARALOTNIARKA
instruktorka aktywnej rehabilitacji
Moje życie zaczęło się w Biernatkach. Małej wsi na Dolnym Śląsku. Mama „ogarniała” dom i nas, czworo dzieciaków; tata „ogarniał” gospodarstwo. Rodzina klasyczna, ale bez ciepła. Czułam się tam samotna i nierozumiana. A potem była Legnica, liceum i pierwsze podpowiedzi koleżanek, że może poszłabym do psychologa, bo dzieje się ze mną coś złego. Nie słuchałam. Uważałam, że to świat i ludzie wokół mnie mają się zmienić, a nie ja. A potem były zaoczne studia prawnicze we Wrocławiu. Nie mój wybór. Poszłam tam za koleżanką. Byłam w coraz gorszym stanie. Po pół roku wypisałam się ze studiów. Żeby popełnić samobójstwo…
Skoczyłam z dachu 11-piętrowego bloku 19 czerwca 2012 r. Ale już kilka miesięcy wcześniej wiedziałam, że to zrobię. Czekałam tylko na czas, kiedy wszystkie złe emocje skumulują się we mnie. Wspomnienia z dnia skoku mam, ale nie wiem czy są realne czy urojone… Pamiętam jazdę pociągiem z domu do Wrocławia, potem autobus, osiedle, blok, dach, trzy rozbiegi i „rzut w przepaść” przy ostatnim. Samego lotu już nie…
26 złamanych kości, w tym miednica, żebra i kręgosłup. Rdzeń kręgowy nie przerwany. Stłuczone narządy wewnętrzne i krwiaki. Ten „bilans strat” poznałam, gdy się obudziłam po tygodniu od skoku. Dziwiłam się, że przeżyłam. Otumaniona lekami przeciwbólowymi, nękana halucynacjami, byłam pewna, że nie będę chodzić. Miałam mieć też niesprawne ręce. Skończyło się na niesprawnych nogach i wózku. Wszystko inne „goiło się jak na psie” – ładnie i szybko.
Pojechałam na obóz rehabilitacyjny. Tam zobaczyłam, że i na wózku można dobrze żyć. Tylko, że ja po obozie utkwiłam na kilka lat w domu – na wsi, bez pracy, bez pieniędzy, odcięta od świata – bez auta i komunikacji publicznej, bez wsparcia rodziny i bez znajomych, bo o to, aby sobie „poszli” postarałam się już wcześniej.
Uratowały mnie zajęcia w legnickim klubie aktywności i rozwoju. Prowadziła je Fundacja Eudajmonia dla osób z niepełnosprawnościami. Dzięki fundacji zrobiłam prawo jazdy. Potem pojawiły się nowe możliwości: obóz klubu kolarskiego „Zero Załamki” oraz czteromiesięczny pobyt w mieszkaniach treningowych Fundacji
PODAJ DALEJ, w tym nauka pływania z Karolem. Od niego dowiedziałam się o „skrzydłach”. Miał wątpliwości, czy jestem gotowa emocjonalnie na latanie. Chciałam tego, ale się wstrzymałam. Jeździłam na kolejne obozy: kajakowe, żeglarskie, szermiercze. Aby wzmocnić się fizycznie i psychicznie. Do „skrzydeł” zgłosiłam się w 2024 r. i zostałam przyjęta. Wybrałam paralotnie.
W Michałkowie było jeszcze „luźno”. Zajęcia z teorii a na lotnisku – trzymanie skrzydła, odrywanie się od ziemi, wzloty na kilka metrów i lądowania w zbożu, albo w rowie. Trudniej było w Bezmiechowej. Tam miał być mój pierwszy samodzielny lot. O mało co, abym z niego zrezygnowała… Potwornie bałam się, że, już w górze będę źle się czuć, nie będę robić tego co trzeba, nie będę słuchać komend, a w końcu spadnę i… zginę. Zadręczałam swoimi strachami siebie i innych. Wiedziałam jednak, że polecieć muszę. Że uczucie porażki mnie powali. Pomyślałam więc: „a co mi tam, najwyżej „awansuję” na osobę z tetraplegią”, poprosiłam asystenta, żeby mnie ustawił do startu i podpiął skrzydło, a potem poleciałam.
Lot był piękny. Nieco ponad 3 minuty. Szybko zrozumiałam, że w górze łatwiej jest sterować paralotnią, niż na ziemi. Popatrzyłam na skrzydło, na sterówki w dłoniach, a potem na przestrzeń wokół siebie i pomyślałam: „o rany, jak tu ładnie, jakie przyjemne jest to latanie”. Zaczęłam nawet esować, czyli robić skręty. Stres się pojawił, gdy ziemia zaczęła się zbliżać. Ale wylądowałam równo, na czterech kołach wózka, bez wywrotki. A gdy złożyłam skrzydło, to… wybuchłam płaczem. Oczyszczającym płaczem. To była najszczęśliwsza chwila w moim życiu…
W pewnym sensie wózek zmienił moje życie na lepsze. Otworzył przede mną możliwości, których wcześniej nie znałam. Wiele zweryfikował i pokazał, że mam siłę, o której istnieniu nie miałam pojęcia. Dziś mieszkam niedaleko wsi rodzinnej. Teraz już sama. Planuję wrócić na studia, ale już nie prawnicze. Często wyjeżdżam na różnego rodzaju obozy – sportowe lub dziecięce jako instruktorka aktywnej rehabilitacji. Próbuję nowych aktywności – tych na lądzie, na wodzie, ale… to paralotnie są najpiękniejsze i dostarczają największych emocji. Zamierzam zrobić „licencję” paralotniową i dołączyć do teamu, który wyjeżdża na latanie za granicę. Bo nigdy tak bardzo nie pragnęłam żyć jak teraz.

ZUZANNA BOGUBOWICZ
PARALOTNIARKA
instruktorka aktywnej rehabilitacji
Moje życie zaczęło się w Biernatkach. Małej wsi na Dolnym Śląsku. Mama „ogarniała” dom i nas, czworo dzieciaków; tata „ogarniał” gospodarstwo. Rodzina klasyczna, ale bez ciepła. Czułam się tam samotna i nierozumiana. A potem była Legnica, liceum i pierwsze podpowiedzi koleżanek, że może poszłabym do psychologa, bo dzieje się ze mną coś złego. Nie słuchałam. Uważałam, że to świat i ludzie wokół mnie mają się zmienić, a nie ja. A potem były zaoczne studia prawnicze we Wrocławiu. Nie mój wybór. Poszłam tam za koleżanką. Byłam w coraz gorszym stanie. Po pół roku wypisałam się ze studiów. Żeby popełnić samobójstwo…
Skoczyłam z dachu 11-piętrowego bloku 19 czerwca 2012 r. Ale już kilka miesięcy wcześniej wiedziałam, że to zrobię. Czekałam tylko na czas, kiedy wszystkie złe emocje skumulują się we mnie. Wspomnienia z dnia skoku mam, ale nie wiem czy są realne czy urojone… Pamiętam jazdę pociągiem z domu do Wrocławia, potem autobus, osiedle, blok, dach, trzy rozbiegi i „rzut w przepaść” przy ostatnim. Samego lotu już nie…
26 złamanych kości, w tym miednica, żebra i kręgosłup. Rdzeń kręgowy nie przerwany. Stłuczone narządy wewnętrzne i krwiaki. Ten „bilans strat” poznałam, gdy się obudziłam po tygodniu od skoku. Dziwiłam się, że przeżyłam. Otumaniona lekami przeciwbólowymi, nękana halucynacjami, byłam pewna, że nie będę chodzić. Miałam mieć też niesprawne ręce. Skończyło się na niesprawnych nogach i wózku. Wszystko inne „goiło się jak na psie” – ładnie i szybko.
Pojechałam na obóz rehabilitacyjny. Tam zobaczyłam, że i na wózku można dobrze żyć. Tylko, że ja po obozie utkwiłam na kilka lat w domu – na wsi, bez pracy, bez pieniędzy, odcięta od świata – bez auta i komunikacji publicznej, bez wsparcia rodziny i bez znajomych, bo o to, aby sobie „poszli” postarałam się już wcześniej.
Uratowały mnie zajęcia w legnickim klubie aktywności i rozwoju. Prowadziła je Fundacja Eudajmonia dla osób z niepełnosprawnościami. Dzięki fundacji zrobiłam prawo jazdy. Potem pojawiły się nowe możliwości: obóz klubu kolarskiego „Zero Załamki” oraz czteromiesięczny pobyt w mieszkaniach treningowych Fundacji
PODAJ DALEJ, w tym nauka pływania z Karolem. Od niego dowiedziałam się o „skrzydłach”. Miał wątpliwości, czy jestem gotowa emocjonalnie na latanie. Chciałam tego, ale się wstrzymałam. Jeździłam na kolejne obozy: kajakowe, żeglarskie, szermiercze. Aby wzmocnić się fizycznie i psychicznie. Do „skrzydeł” zgłosiłam się w 2024 r. i zostałam przyjęta. Wybrałam paralotnie.
W Michałkowie było jeszcze „luźno”. Zajęcia z teorii a na lotnisku – trzymanie skrzydła, odrywanie się od ziemi, wzloty na kilka metrów i lądowania w zbożu, albo w rowie. Trudniej było w Bezmiechowej. Tam miał być mój pierwszy samodzielny lot. O mało co, abym z niego zrezygnowała… Potwornie bałam się, że, już w górze będę źle się czuć, nie będę robić tego co trzeba, nie będę słuchać komend, a w końcu spadnę i… zginę. Zadręczałam swoimi strachami siebie i innych. Wiedziałam jednak, że polecieć muszę. Że uczucie porażki mnie powali. Pomyślałam więc: „a co mi tam, najwyżej „awansuję” na osobę z tetraplegią”, poprosiłam asystenta, żeby mnie ustawił do startu i podpiął skrzydło, a potem poleciałam.
Lot był piękny. Nieco ponad 3 minuty. Szybko zrozumiałam, że w górze łatwiej jest sterować paralotnią, niż na ziemi. Popatrzyłam na skrzydło, na sterówki w dłoniach, a potem na przestrzeń wokół siebie i pomyślałam: „o rany, jak tu ładnie, jakie przyjemne jest to latanie”. Zaczęłam nawet esować, czyli robić skręty. Stres się pojawił, gdy ziemia zaczęła się zbliżać. Ale wylądowałam równo, na czterech kołach wózka, bez wywrotki. A gdy złożyłam skrzydło, to… wybuchłam płaczem. Oczyszczającym płaczem. To była najszczęśliwsza chwila w moim życiu…
W pewnym sensie wózek zmienił moje życie na lepsze. Otworzył przede mną możliwości, których wcześniej nie znałam. Wiele zweryfikował i pokazał, że mam siłę, o której istnieniu nie miałam pojęcia. Dziś mieszkam niedaleko wsi rodzinnej. Teraz już sama. Planuję wrócić na studia, ale już nie prawnicze. Często wyjeżdżam na różnego rodzaju obozy – sportowe lub dziecięce jako instruktorka aktywnej rehabilitacji. Próbuję nowych aktywności – tych na lądzie, na wodzie, ale… to paralotnie są najpiękniejsze i dostarczają największych emocji. Zamierzam zrobić „licencję” paralotniową i dołączyć do teamu, który wyjeżdża na latanie za granicę. Bo nigdy tak bardzo nie pragnęłam żyć jak teraz.


