Bohater tekstu siedzi w kabinie szybowca. Jest przypięty pasami bezpieczeństwa. Na głowie ma czapkę z daszkiem, a na twarzy okulary przeciwsłoneczne

TOMASZ TASIEMSKI

SZYBOWNIK

Kierownik Zakładu Adaptowanej Aktywności Fizycznej w Akademii Wychowania Fizycznego (AWF) w Poznaniu

ROZWIŃ SKRZYDŁA

wspomnienie trzecie

To ojciec zachęcił mnie do latania. Był skoczkiem spadochronowym i szybownikiem. Miał nawet srebrną odznakę szybowcową, co było wówczas osiągnięciem na skalę światową. Latanie było więc nieodłącznym elementem mojego dzieciństwa i dorastania. Na poważnie „zabrałem się” do niego w liceum za sprawą lekcji z tzw. przysposobienia obronnego (PO). Były lata 80. ub. w. Czas politycznie niespokojny. Już nastolatków uczono m.in. zakładania opatrunków na rany. Ministerstwo Obrony Narodowej organizowało kursy spadochronowe dla młodzieży, a rekrutację prowadzono w ramach lekcji PO. Z mojego liceum w Wadowicach, byłem wówczas jedynym uczniem, który ukończył ten kurs. A rok później ukończyłem szkolenie szybowcowe w Bielsku-Białej.

Studiów i latania nie udało mi się pogodzić. Wybrałem naukę. Wróciłem do latania po 1990 r.. już po feralnym skoku do wody, podczas którego doznałem porażenia czterokończynowego (tetraplegia) i po którym do dziś poruszam się na wózku. Na początku lat 2000. wyjechałem na stypendium do Wielkiej Brytanii. Poznałem tam ludzi, którzy prowadzili regularne kursy szybowcowe i paralotniowe dla osób z niepełnosprawnością. Ale to Stany Zjednoczone jako pierwsze dopuściły do latania osoby z niepełnosprawnością. Pewien brytyjski pilot zrobił tam licencję lotniczą. A ponieważ działa ona w każdym państwie świata, po powrocie do swojego kraju pokazał dokument i zażądał, aby dopuszczono go do lotów. Brytyjczycy musieli licencję uznać i rozpoczęli regularne szkolenia lotnicze dla osób z niepełnosprawnością.

W Anglii kurs szybowcowy rozpocząłem, ale nie skończyłem. Jego koszt był zbyt wysoki. Zaliczyłem za to szkolenie paralotniowe w Keswick, przepięknej krainie z jeziorami u podnóży gór. Pamiętam pierwszy lot. Wciągnięto nas na szczyt jednej z gór. Wystartowałem w tandemie z instruktorem, który dość szybko po wzbiciu się w powietrze przekazał mi linki do sterowania. Byłem zachwycony. Moja żona mniej, gdy zobaczyła jak przed pierwszym samodzielnym lotem, jeszcze na ziemi, przywiązują te sterówki na stałe do moich porażonych dłoni. Gdyby stało się coś niebezpiecznego podczas tego lotu, nie miałbym szans na użycie spadochronu zapasowego. Więc go nie zabrałem.

Wróciłem ze stypendium do Polski. Szukałem u nas możliwości latania. Próbowałem latać na motolotni, ale moje niesprawne ręce były sporą przeszkodą. Latanie samodzielne było dla mnie niedostępne. Co najwyżej loty widokowe. Rozpytywałem też wśród latających znajomych o nowe możliwości. Od Jędrzeja dowiedziałem się, że wspólnie z Adamem mają pomysł, aby uczyć pilotażu szybowców osoby z niepełnosprawnością. Mają też odpowiedni szybowiec. Nie mają za to podmiotu prawnego, który zająłby się pozyskaniem środków finansowych i realizacją tego projektu. Zarekomendowałem im Fundację PODAJ DALEJ. Znałem ją z wielu kreatywnych działań na rzecz osób z niepełnosprawnością i byłem przekonany, że pomysł im się spodoba. Nie myliłem się. Jakiś czas potem wziąłem udział, jako pierwsza osoba z tetraplegią, w pierwszym szkoleniu w projekcie ROZWIŃ SKRZYDŁA.

Bohater tekstu siedzi w kabinie szybowca. Jest przypięty pasami bezpieczeństwa. Na głowie ma czapkę z daszkiem, a na twarzy okulary przeciwsłoneczne

TOMASZ TASIEMSKI

SZYBOWNIK

Kierownik Zakładu Adaptowanej Aktywności Fizycznej w Akademii Wychowania Fizycznego (AWF) w Poznaniu

ROZWIŃ SKRZYDŁA

wspomnienie trzecie

To ojciec zachęcił mnie do latania. Był skoczkiem spadochronowym i szybownikiem. Miał nawet srebrną odznakę szybowcową, co było wówczas osiągnięciem na skalę światową. Latanie było więc nieodłącznym elementem mojego dzieciństwa i dorastania. Na poważnie „zabrałem się” do niego w liceum za sprawą lekcji z tzw. przysposobienia obronnego (PO). Były lata 80. ub. w. Czas politycznie niespokojny. Już nastolatków uczono m.in. zakładania opatrunków na rany. Ministerstwo Obrony Narodowej organizowało kursy spadochronowe dla młodzieży, a rekrutację prowadzono w ramach lekcji PO. Z mojego liceum w Wadowicach, byłem wówczas jedynym uczniem, który ukończył ten kurs. A rok później ukończyłem szkolenie szybowcowe w Bielsku-Białej.

Studiów i latania nie udało mi się pogodzić. Wybrałem naukę. Wróciłem do latania po 1990 r.. już po feralnym skoku do wody, podczas którego doznałem porażenia czterokończynowego (tetraplegia) i po którym do dziś poruszam się na wózku. Na początku lat 2000. wyjechałem na stypendium do Wielkiej Brytanii. Poznałem tam ludzi, którzy prowadzili regularne kursy szybowcowe i paralotniowe dla osób z niepełnosprawnością. Ale to Stany Zjednoczone jako pierwsze dopuściły do latania osoby z niepełnosprawnością. Pewien brytyjski pilot zrobił tam licencję lotniczą. A ponieważ działa ona w każdym państwie świata, po powrocie do swojego kraju pokazał dokument i zażądał, aby dopuszczono go do lotów. Brytyjczycy musieli licencję uznać i rozpoczęli regularne szkolenia lotnicze dla osób z niepełnosprawnością.

W Anglii kurs szybowcowy rozpocząłem, ale nie skończyłem. Jego koszt był zbyt wysoki. Zaliczyłem za to szkolenie paralotniowe w Keswick, przepięknej krainie z jeziorami u podnóży gór. Pamiętam pierwszy lot. Wciągnięto nas na szczyt jednej z gór. Wystartowałem w tandemie z instruktorem, który dość szybko po wzbiciu się w powietrze przekazał mi linki do sterowania. Byłem zachwycony. Moja żona mniej, gdy zobaczyła jak przed pierwszym samodzielnym lotem, jeszcze na ziemi, przywiązują te sterówki na stałe do moich porażonych dłoni. Gdyby stało się coś niebezpiecznego podczas tego lotu, nie miałbym szans na użycie spadochronu zapasowego. Więc go nie zabrałem.

Wróciłem ze stypendium do Polski. Szukałem u nas możliwości latania. Próbowałem latać na motolotni, ale moje niesprawne ręce były sporą przeszkodą. Latanie samodzielne było dla mnie niedostępne. Co najwyżej loty widokowe. Rozpytywałem też wśród latających znajomych o nowe możliwości. Od Jędrzeja dowiedziałem się, że wspólnie z Adamem mają pomysł, aby uczyć pilotażu szybowców osoby z niepełnosprawnością. Mają też odpowiedni szybowiec. Nie mają za to podmiotu prawnego, który zająłby się pozyskaniem środków finansowych i realizacją tego projektu. Zarekomendowałem im Fundację PODAJ DALEJ. Znałem ją z wielu kreatywnych działań na rzecz osób z niepełnosprawnością i byłem przekonany, że pomysł im się spodoba. Nie myliłem się. Jakiś czas potem wziąłem udział, jako pierwsza osoba z tetraplegią, w pierwszym szkoleniu w projekcie ROZWIŃ SKRZYDŁA.