Bohater tekstu, siedzi na trawie z podkurczonymi nogami. Na prawym kolanie leży jego czapka z daszkiem.

TOMASZ CZERWIŃSKI

SZYBOWNIK

były żołnierz zawodowy, pilot samolotów odrzutowych – pierwszy Dowódca Eskadry wykonującej loty na samolocie M-346 „Bielik”, dowódca zespołu akrobacyjnego „Biało-Czerwone Iskry”; wykładowca i instruktor w Lotniczej Akademii Wojskowej w Dęblinie; jako trener wspiera przyszłych liderów

Najpierw krótka anegdota. Wyobraź sobie, że jesteś na przyjęciu wśród nieznanych osób. W jaki sposób rozpoznasz, która z nich jest pilotem? Nie musisz nic robić… Ta osoba sama podejdzie do Ciebie i Ci o tym opowie. A zatem – moja historia składa się z dwóch części: tej sprzed i tej po wypadku.

Pierwsza część zaczyna się w 1977 r. Wtedy przyszedłem na świat. Dzieciństwo spędziłem w Pruszkowie k. Warszawy. Marzenie o lataniu towarzyszyło mi od najmłodszych lat. Słuchałem opowieści o polskich dywizjonach w bitwie o Anglię, czytałem książki o tematyce lotniczej, samodzielnie sklejałem modele samolotów, a potem wypuszczałem je w powietrze z ostatniego piętra naszego bloku. To główne wspomnienie. Ale jeśli myślisz, że zawsze chciałem być pilotem, to się mylisz.

„Jeśli nie Oxford, to co?” Taki tytuł nosił program nadawany w telewizji w latach 90-tych. Pomagał młodym ludziom w wyborze przyszłej kariery zawodowej. I to właśnie z niego dowiedziałem się o specjalnym naborze do akademii lotniczej w Dęblinie. To był konkurs stypendialny, a główną nagrodą był indeks dęblińskiej uczelni. Miałem wtedy zupełnie inne plany. Chciałem zdawać do akademii medycznej, byłem już na kursie przygotowawczym do egzaminów wstępnych, widziałem siebie w lekarskim kitlu. Postanowiłem jednak „pójść za marzeniem” z dzieciństwa. Zgłosiłem się do konkursu i go wygrałem. Do dziś pamiętam uczucie szczęścia, gdy odbierałem indeks do Szkoły Orląt, a wokoło miałem zdenerwowanych i przejętych kolegów przed egzaminami wstępnymi do szkoły ich marzeń. Tak dostałem się „do Dęblina” i tak „w Dęblinie” już zostałem. Do wypadku „wylatałem” ponad 2650 h na różnego rodzaju statkach powietrznych. Druga część mojego życia rozpoczęła się w 2017 r.

Samolot rozbił się koło Góry Kalwarii. Podczas tego wrześniowego lotu tym razem to nie ja siedziałem za sterami. W mediach było o tym głośno. Mówili i pisali, że „poważnemu wypadkowi uległ jeden z najbardziej utalentowanych pilotów i instruktorów, który wykształcił kilka pokoleń pilotów” („Dzień Dobry TVN” – przyp. red.). Z kraksy wyszedłem z wybuchowym złamaniem kręgosłupa na odcinku L1. Rdzeń kręgowy został uszkodzony, ale na szczęście nie przerwany. Lekarze przewidywali, że „skończę na wózku”. Mylili się.

W szpitalu leżałem 4 miesiące. Rehabilitacja trwała o wiele dłużej. Też podzieliłem ją na etapy. Pierwszy nazwałem: „kiedy wstanę z łóżka”. Trwał 6 tygodni. Kiedy już z łóżka wstałem i przesiadłem się na wózek, zaczął się etap drugi, czyli: „kiedy wstanę z wózka”. I znowu miałem szczęście. Dostałem się do programu klinicznego Instytutu Badawczego Innowacyjnych Metod Rehabilitacji Osób po Urazach Rdzenia Kręgowego w Kamieniu Pomorskim i zyskałem możliwość chodzenia w egzoszkielecie. Odbyłem tam dwa pełne turnusy. Wyszedłem ze wzmocnionymi mięśniami i wyprostowany o 2 cm. Na nogi stanąłem. Teraz poruszam się o lasce i zmagam się z dolegliwościami narządów wewnętrznych. Tylko, że do czynnej służby wrócić już nie mogłem.

Nie przeżyłem „żałoby po lataniu”. Po wypadku, kiedy wieźli mnie na salę operacyjną, pół przytomny wciąż pytałem, kiedy znowu będę latał. Pragnienie, aby wrócić w powietrze nie opuściło mnie ani na jeden dzień leczenia, rehabilitacji, ani potem. Szukając nowych możliwości znalazłem Fundację PODAJ DALEJ i Karola Włodarczyka. Opowiedział mi o projekcie ROZWIŃ SKRZYDŁA, a ja dostrzegłem w tym przedsięwzięciu szansę dla siebie; że powrócę do latania, ale jako pilot, a nie pasażer. Do projektu dostałem się w 2022 r. Pierwszy lot, na szybowcu „Puchacz”, odbyłem w czerwcu, w Stalowej Woli. We wrześniu 2024 r. miałem już licencję szybowcową. W tym roku, wspólnie z Adamem Czeladzkim wystartowaliśmy w zawodach szybowcowych, które odbyły się w na lotnisku w Prievidzy (Słowacja). Zajęliśmy drugie miejsce w naszej klasie, czyli Combi Open 15. I chyba pierwszy raz w historii szybownictwa, podczas zawodów w kabinie leciało razem dwóch „kulawych” pilotów.

To dla mnie zaszczyt. To, że mogłem wziąć udział w projekcie ROZWIŃ SKRZYDŁA i poznać tak wielu „Dedali” polskiego lotnictwa osób z niepełnosprawnością. Jestem pełen podziwu dla determinacji i instruktorów, i adeptów. Chcę zrobić więcej: stworzyć osobom z niepełnosprawnością możliwość pilotowania także samolotów. Stąd powstał pomysł na utworzenie w tym roku nowej organizacji pozarządowej pod nazwą: Awiatorzy – Fundacja Ludzi i Lotnictwa. Aby wspólnie z Fundacją PODAJ DALEJ budować lotnictwo dostępne dla wszystkich.

Bohater tekstu, siedzi na trawie z podkurczonymi nogami. Na prawym kolanie leży jego czapka z daszkiem.

TOMASZ CZERWIŃSKI

SZYBOWNIK

były żołnierz zawodowy, pilot samolotów odrzutowych – pierwszy Dowódca Eskadry wykonującej loty na samolocie M-346 „Bielik”, dowódca zespołu akrobacyjnego „Biało-Czerwone Iskry”; wykładowca i instruktor w Lotniczej Akademii Wojskowej w Dęblinie; jako trener wspiera przyszłych liderów

Najpierw krótka anegdota. Wyobraź sobie, że jesteś na przyjęciu wśród nieznanych osób. W jaki sposób rozpoznasz, która z nich jest pilotem? Nie musisz nic robić… Ta osoba sama podejdzie do Ciebie i Ci o tym opowie. A zatem – moja historia składa się z dwóch części: tej sprzed i tej po wypadku.

Pierwsza część zaczyna się w 1977 r. Wtedy przyszedłem na świat. Dzieciństwo spędziłem w Pruszkowie k. Warszawy. Marzenie o lataniu towarzyszyło mi od najmłodszych lat. Słuchałem opowieści o polskich dywizjonach w bitwie o Anglię, czytałem książki o tematyce lotniczej, samodzielnie sklejałem modele samolotów, a potem wypuszczałem je w powietrze z ostatniego piętra naszego bloku. To główne wspomnienie. Ale jeśli myślisz, że zawsze chciałem być pilotem, to się mylisz.

„Jeśli nie Oxford, to co?” Taki tytuł nosił program nadawany w telewizji w latach 90-tych. Pomagał młodym ludziom w wyborze przyszłej kariery zawodowej. I to właśnie z niego dowiedziałem się o specjalnym naborze do akademii lotniczej w Dęblinie. To był konkurs stypendialny, a główną nagrodą był indeks dęblińskiej uczelni. Miałem wtedy zupełnie inne plany. Chciałem zdawać do akademii medycznej, byłem już na kursie przygotowawczym do egzaminów wstępnych, widziałem siebie w lekarskim kitlu. Postanowiłem jednak „pójść za marzeniem” z dzieciństwa. Zgłosiłem się do konkursu i go wygrałem. Do dziś pamiętam uczucie szczęścia, gdy odbierałem indeks do Szkoły Orląt, a wokoło miałem zdenerwowanych i przejętych kolegów przed egzaminami wstępnymi do szkoły ich marzeń. Tak dostałem się „do Dęblina” i tak „w Dęblinie” już zostałem. Do wypadku „wylatałem” ponad 2650 h na różnego rodzaju statkach powietrznych. Druga część mojego życia rozpoczęła się w 2017 r.

Samolot rozbił się koło Góry Kalwarii. Podczas tego wrześniowego lotu tym razem to nie ja siedziałem za sterami. W mediach było o tym głośno. Mówili i pisali, że „poważnemu wypadkowi uległ jeden z najbardziej utalentowanych pilotów i instruktorów, który wykształcił kilka pokoleń pilotów” („Dzień Dobry TVN” – przyp. red.). Z kraksy wyszedłem z wybuchowym złamaniem kręgosłupa na odcinku L1. Rdzeń kręgowy został uszkodzony, ale na szczęście nie przerwany. Lekarze przewidywali, że „skończę na wózku”. Mylili się.

W szpitalu leżałem 4 miesiące. Rehabilitacja trwała o wiele dłużej. Też podzieliłem ją na etapy. Pierwszy nazwałem: „kiedy wstanę z łóżka”. Trwał 6 tygodni. Kiedy już z łóżka wstałem i przesiadłem się na wózek, zaczął się etap drugi, czyli: „kiedy wstanę z wózka”. I znowu miałem szczęście. Dostałem się do programu klinicznego Instytutu Badawczego Innowacyjnych Metod Rehabilitacji Osób po Urazach Rdzenia Kręgowego w Kamieniu Pomorskim i zyskałem możliwość chodzenia w egzoszkielecie. Odbyłem tam dwa pełne turnusy. Wyszedłem ze wzmocnionymi mięśniami i wyprostowany o 2 cm. Na nogi stanąłem. Teraz poruszam się o lasce i zmagam się z dolegliwościami narządów wewnętrznych. Tylko, że do czynnej służby wrócić już nie mogłem.

Nie przeżyłem „żałoby po lataniu”. Po wypadku, kiedy wieźli mnie na salę operacyjną, pół przytomny wciąż pytałem, kiedy znowu będę latał. Pragnienie, aby wrócić w powietrze nie opuściło mnie ani na jeden dzień leczenia, rehabilitacji, ani potem. Szukając nowych możliwości znalazłem Fundację PODAJ DALEJ i Karola Włodarczyka. Opowiedział mi o projekcie ROZWIŃ SKRZYDŁA, a ja dostrzegłem w tym przedsięwzięciu szansę dla siebie; że powrócę do latania, ale jako pilot, a nie pasażer. Do projektu dostałem się w 2022 r. Pierwszy lot, na szybowcu „Puchacz”, odbyłem w czerwcu, w Stalowej Woli. We wrześniu 2024 r. miałem już licencję szybowcową. W tym roku, wspólnie z Adamem Czeladzkim wystartowaliśmy w zawodach szybowcowych, które odbyły się w na lotnisku w Prievidzy (Słowacja). Zajęliśmy drugie miejsce w naszej klasie, czyli Combi Open 15. I chyba pierwszy raz w historii szybownictwa, podczas zawodów w kabinie leciało razem dwóch „kulawych” pilotów.

To dla mnie zaszczyt. To, że mogłem wziąć udział w projekcie ROZWIŃ SKRZYDŁA i poznać tak wielu „Dedali” polskiego lotnictwa osób z niepełnosprawnością. Jestem pełen podziwu dla determinacji i instruktorów, i adeptów. Chcę zrobić więcej: stworzyć osobom z niepełnosprawnością możliwość pilotowania także samolotów. Stąd powstał pomysł na utworzenie w tym roku nowej organizacji pozarządowej pod nazwą: Awiatorzy – Fundacja Ludzi i Lotnictwa. Aby wspólnie z Fundacją PODAJ DALEJ budować lotnictwo dostępne dla wszystkich.