Bohater tekstu siedzi na wózku do paralotni ustawionym na trawie na zboczu góry. W rękach trzyma kask i patrzy w obiektyw.

SŁAWOMIR ŻUK

PARALOTNIARZ

nawigator morski, instruktor aktywnej rehabilitacji, specjalista ds. marketingu

Ta nawigacja to wyszła mi przypadkiem. Po maturze wahałem się, co ze sobą dalej zrobić. Plany miałem trzy: albo prawo, albo wojsko, albo pływanie na statkach. Ta ostatnia koncepcja podobała mi się najbardziej, bo wiązała się ze zwiedzaniem świata. I tak wprost z rodzinnego Krasnegostawu k. Lublina „zaokrętowałem się” najpierw na drugim końcu Polski, czyli w Akademii Morskiej w Szczecinie (właśnie na wydziale nawigacji), a po jej ukończeniu na tzw. masowcach, czyli statkach transportujących duże ilości niezapakowanych ładunków sypkich np. zboża lub węgla. Kawał świata rzeczywiście widziałem. I to nie tylko europejskiego, ale jeszcze m.in. USA, Kanadę, Meksyk, Wenezuelę i Maroko. Nawigowanie statkami skończyło się dla mnie w kwietniu 2015 r.

Jechałem motocyklem. Zrobiłem mały wypad blisko domu, że silnik maszyny rozruszać. Wyrzuciło mnie z zakrętu i uderzyłem w barierkę przy drodze. Efekt? Zmiażdżony rdzeń kręgowy i paraliż kończyn dolnych. Przez pierwszy rok po wypadku miałem jeszcze nadzieję, że może wózka nie będzie. Przestudiowałem wszystkie opracowania o urazach rdzenia, „ostro” ćwiczyłem. Lekarze mnie jeszcze mamili, że może w ciągu pięciu lat jakieś funkcje neurologiczne wrócą. Były liczne kuracje, stabilizacja, kolejni lekarze z nowymi pomysłami. Niestety – rdzeń nie regenerował się.

Ten pierwszy rok był najtrudniejszy. Wróciłem do domu, ale prawie z niego nie wychodziłem. Raz, że mój pokój był na półpiętrze, musiałem prosić o pomoc w zajściu na dół, a ja prosić nie lubię. A dwa – nie chciałem, żeby mnie ludzie widzieli. Niezależność odzyskałem w 2016 r., gdy przystosowaliśmy dom pod moje potrzeby, a przy wejściu do niego zrobiliśmy podjazd. Kupiłem też dostosowany samochód i mogłem się już wszędzie przemieszczać sam. Poczułem wtedy wolność. Ten największy „dołek” emocjonalny był za mną.

Odwiedzili mnie w szpitalu. Opowiedzieli o sobie, pokazali co i jak z wózkiem robić. To chłopcy z Fundacji Aktywnej Rehabilitacji nauczyli mnie, jak żyć od nowa. Pojechałem na organizowany przez fundację obóz – jeden, drugi, kolejne. Z czasem, sam stałem się instruktorem aktywnej rehabilitacji i uczyłem innych. Prowadziłem też projekt nauki samodzielności dla dzieci i młodzieży, w wieku od 4 do 16 lat.

Zawsze lubiłem mniej lub bardziej „niebezpieczne zajęcia”. Jeździłem nie tylko na motocyklu, ale też na nartach, uprawiałem kitesurfing. Interesowałem się skydyvingiem, czyli skokami ze spadochronem w specjalnych kombinezonach do latania. Ciągnęło mnie „w górę”. Szukałem nowych możliwości. Tak odnalazłem projekt ROZWIŃ SKRZYDŁA i paralotnie. Był rok 2016, pojechać na szkolenie nie mogłem, „odstąpiłem” pomysł koledze. W kolejnym sezonie sam już z niego skorzystałem.

„Ta droga do samodzielnego latania to będzie długa”. Tak myślałem, gdy na pierwszym zjeździe szkoleniowym ciągnęły nas konie na konińskich Błoniach. A potem był drugi zjazd, w Michałkowie. I tam mnie… zaskoczyli. Przygotowałem się do startu. Paweł, instruktor, wyjaśnił, że będą mnie holować tylko na wysokość pięciu metrów. To, że mnie zwiódł, zrozumiałem, gdy byłem już 20 metrów nad ziemią. Musiałem opanować stres, przypomnieć sobie całą wiedzę ze szkolenia i poprowadzić lot. Paweł instruował mnie przez radio. Gdy się nie odzywał, to znaczyło, że wszystko jest ok. Na wysokości ok. 100 metrów wykonałem skręt w lewo, a potem łagodnie wylądowałem blisko startu. Wtedy poczułem, jak całe moje ciało drży…

Od tamtego czasu wykonałem prawie 200 lotów. W Polsce i za granicą m.in. w Macedonii i Hiszpanii. Jeżdżę nie tylko z naszym teamem Fundacji PODAJ DALEJ, ale też prywatnie, np. do Kolumbii. „Licencję” paralotniową mam od 2019 r. Mój najdłuższy przelot to ok. 25 km. Latanie paralotnią, na czym polega, jak to prosto wyjaśnić? To jest latanie, w którym wykorzystuje się masy ciepłego powietrza. Po starcie, aby pozostać w górze, trzeba znaleźć tzw. komin termiczny, „wkręcić się” w niego na określoną wysokość, a potem lecieć do następnego „komina”. Pomocne są… ptaki. Tam gdzie one latają, tam są i „kominy”.

Po morzach nie pływam. Kilka lat po wypadku przeprowadziłem się do Lublina. Mieszkanie w bloku jest dla mnie wygodniejsze. Nie muszę martwić się o szczelny dach, drożne rynny i odśnieżanie chodników. Duże miasto daje też więcej możliwości zatrudnienia. Zawodowo postanowiłem pójść w zupełnie innym kierunku. Teraz zajmuję marketingiem w jednym z tutejszych banków. No i oczywiście lataniem.

Bohater tekstu siedzi na wózku do paralotni ustawionym na trawie na zboczu góry. W rękach trzyma kask i patrzy w obiektyw.

SŁAWOMIR ŻUK

PARALOTNIARZ

nawigator morski, instruktor aktywnej rehabilitacji, specjalista ds. marketingu

Ta nawigacja to wyszła mi przypadkiem. Po maturze wahałem się, co ze sobą dalej zrobić. Plany miałem trzy: albo prawo, albo wojsko, albo pływanie na statkach. Ta ostatnia koncepcja podobała mi się najbardziej, bo wiązała się ze zwiedzaniem świata. I tak wprost z rodzinnego Krasnegostawu k. Lublina „zaokrętowałem się” najpierw na drugim końcu Polski, czyli w Akademii Morskiej w Szczecinie (właśnie na wydziale nawigacji), a po jej ukończeniu na tzw. masowcach, czyli statkach transportujących duże ilości niezapakowanych ładunków sypkich np. zboża lub węgla. Kawał świata rzeczywiście widziałem. I to nie tylko europejskiego, ale jeszcze m.in. USA, Kanadę, Meksyk, Wenezuelę i Maroko. Nawigowanie statkami skończyło się dla mnie w kwietniu 2015 r.

Jechałem motocyklem. Zrobiłem mały wypad blisko domu, że silnik maszyny rozruszać. Wyrzuciło mnie z zakrętu i uderzyłem w barierkę przy drodze. Efekt? Zmiażdżony rdzeń kręgowy i paraliż kończyn dolnych. Przez pierwszy rok po wypadku miałem jeszcze nadzieję, że może wózka nie będzie. Przestudiowałem wszystkie opracowania o urazach rdzenia, „ostro” ćwiczyłem. Lekarze mnie jeszcze mamili, że może w ciągu pięciu lat jakieś funkcje neurologiczne wrócą. Były liczne kuracje, stabilizacja, kolejni lekarze z nowymi pomysłami. Niestety – rdzeń nie regenerował się.

Ten pierwszy rok był najtrudniejszy. Wróciłem do domu, ale prawie z niego nie wychodziłem. Raz, że mój pokój był na półpiętrze, musiałem prosić o pomoc w zajściu na dół, a ja prosić nie lubię. A dwa – nie chciałem, żeby mnie ludzie widzieli. Niezależność odzyskałem w 2016 r., gdy przystosowaliśmy dom pod moje potrzeby, a przy wejściu do niego zrobiliśmy podjazd. Kupiłem też dostosowany samochód i mogłem się już wszędzie przemieszczać sam. Poczułem wtedy wolność. Ten największy „dołek” emocjonalny był za mną.

Odwiedzili mnie w szpitalu. Opowiedzieli o sobie, pokazali co i jak z wózkiem robić. To chłopcy z Fundacji Aktywnej Rehabilitacji nauczyli mnie, jak żyć od nowa. Pojechałem na organizowany przez fundację obóz – jeden, drugi, kolejne. Z czasem, sam stałem się instruktorem aktywnej rehabilitacji i uczyłem innych. Prowadziłem też projekt nauki samodzielności dla dzieci i młodzieży, w wieku od 4 do 16 lat.

Zawsze lubiłem mniej lub bardziej „niebezpieczne zajęcia”. Jeździłem nie tylko na motocyklu, ale też na nartach, uprawiałem kitesurfing. Interesowałem się skydyvingiem, czyli skokami ze spadochronem w specjalnych kombinezonach do latania. Ciągnęło mnie „w górę”. Szukałem nowych możliwości. Tak odnalazłem projekt ROZWIŃ SKRZYDŁA i paralotnie. Był rok 2016, pojechać na szkolenie nie mogłem, „odstąpiłem” pomysł koledze. W kolejnym sezonie sam już z niego skorzystałem.

„Ta droga do samodzielnego latania to będzie długa”. Tak myślałem, gdy na pierwszym zjeździe szkoleniowym ciągnęły nas konie na konińskich Błoniach. A potem był drugi zjazd, w Michałkowie. I tam mnie… zaskoczyli. Przygotowałem się do startu. Paweł, instruktor, wyjaśnił, że będą mnie holować tylko na wysokość pięciu metrów. To, że mnie zwiódł, zrozumiałem, gdy byłem już 20 metrów nad ziemią. Musiałem opanować stres, przypomnieć sobie całą wiedzę ze szkolenia i poprowadzić lot. Paweł instruował mnie przez radio. Gdy się nie odzywał, to znaczyło, że wszystko jest ok. Na wysokości ok. 100 metrów wykonałem skręt w lewo, a potem łagodnie wylądowałem blisko startu. Wtedy poczułem, jak całe moje ciało drży…

Od tamtego czasu wykonałem prawie 200 lotów. W Polsce i za granicą m.in. w Macedonii i Hiszpanii. Jeżdżę nie tylko z naszym teamem Fundacji PODAJ DALEJ, ale też prywatnie, np. do Kolumbii. „Licencję” paralotniową mam od 2019 r. Mój najdłuższy przelot to ok. 25 km. Latanie paralotnią, na czym polega, jak to prosto wyjaśnić? To jest latanie, w którym wykorzystuje się masy ciepłego powietrza. Po starcie, aby pozostać w górze, trzeba znaleźć tzw. komin termiczny, „wkręcić się” w niego na określoną wysokość, a potem lecieć do następnego „komina”. Pomocne są… ptaki. Tam gdzie one latają, tam są i „kominy”.

Po morzach nie pływam. Kilka lat po wypadku przeprowadziłem się do Lublina. Mieszkanie w bloku jest dla mnie wygodniejsze. Nie muszę martwić się o szczelny dach, drożne rynny i odśnieżanie chodników. Duże miasto daje też więcej możliwości zatrudnienia. Zawodowo postanowiłem pójść w zupełnie innym kierunku. Teraz zajmuję marketingiem w jednym z tutejszych banków. No i oczywiście lataniem.