Bohater tekstu, w czapce z daszkiem na głowie, siedzi na drewnianej, huśtanej ławce ogrodowej ustawionej na trawie na zboczu góry i patrzy w obiektyw. Obok niego stoi jego wózek inwalidzki

PIOTR MAŁEK

PARALOTNIARZ

mąż, ojciec, analityk rynku złota, koszykarz i szermierz na wózku, wicemistrz Polski w jeździe na handbike’u

Dziewczyna była piękna. Dostrzegłem ją na pomoście pociągu, który czekał na sygnał do odjazdu. Wszedłem do niego, aby z dziewczyną porozmawiać. A potem chciałem się popisać, zaimponować jej, więc wyskoczyłem z pociągu, kiedy ten był już w biegu i… Ten jeden raz, niestety, nie udało się. Koła pociągu obcięły mi obie nogi… Był 1985 r., miałem 19 lat i nadzieję na kolejne. Tej dziewczyny nigdy już potem nie spotkałem. Ale wiem, że to ona pociągnęła za hamulec bezpieczeństwa, gdy zobaczyła jak spadam pod koła… To wydarzyło się na stacji w Otwocku k. Warszawy. W mieście, w którym urodziłem się i mieszkam do tej pory.

Pierwszych sześć lat było strasznych. To były zupełnie inne czasy. Nie było internetu, a więc także dostępu do informacji i do ludzi. Dla sprawnych byłem kaleką, inwalidą. Nikt mi nie podpowiedział i nie pokazał jak mam sobie dalej radzić. Nie wiedziałem jak pokierować swoim życiem. Zrobiła to za mnie mama. Umieściła mnie na dwa lata w szkole w Konstancinie-Jeziornej. Kolega zabrał mnie na trening koszykówki na wózkach. Włączyłem się do gry. Gdybym wtedy mieszkał w Warszawie, zrobiłbym wszystko, aby dalej uprawiać ten sport. Ale wróciłem do Otwocka, gdzie znowu dopadł mnie smutek i poczucie rezygnacji.

Zająłem się zarabianiem pieniędzy. Z czegoś musiałem żyć i ja, i moja rodzina. Bo potem ożeniłem się i stałem się ojcem dla syna mojej żony. Zacząłem więc handlować muzyką. To moje największe hobby. Marzyłem kiedyś o muzycznej kawiarni, ale… wysokość tantiem za prawa autorskie szybko zweryfikowała te wizje. Od 2000 r. pracuję już na etatach. Byłem m.in. szewcem, szlifowałem diamenty w firmie polonijnej, kontrolowałem jakość kabli elektrycznych, kierowałem zespołem ludzi zbierających informacje handlowe i nadzorowałem zdalny monitoring w firmie ochroniarskiej. A teraz jestem analitykiem rynku złota i biżuterii. A moje życie składa się z: pracy (do godz. 13:00) i z treningów. Bo sport też uprawiam…

To tata zabrał mnie na Wyścig Pokoju. Patrzyłem na zlanych potem kolarzy, słuchałem terkotu kół i widziałem siebie na siodełku roweru. Sądziłem, że to będzie kolejne niespełnione marzenie. Dopóki nie zobaczyłem handbike’a… Byłem zdeterminowany, aby na nim jeździć – nie tylko dla siebie, ale i wyczynowo. Startowałem w wielu zawodach krajowych i pucharach świata. Obecnie, w wieku 59 lat jestem wicemistrzem Polski. Zrobiłem też uprawnienia instruktora kolarstwa.

„A może chciałbyś polatać na paralotni?” Zapytał mnie kiedyś kolega, Krzysztof Szuter, z którym jeździmy na handbike’u i na monoski. Byliśmy wtedy na zgrupowaniu w Wiśle i jedliśmy kolację w stołówce. „Coś ty! Brakuje mi jeszcze złamanego kręgosłupa” – odparłem znad talerza, ale… myśl pozostała i nie dawała mi spokoju. „Piłka, szpada (bo jeszcze próbowałem szermierki), rower, narty… Fajne sporty, ale przyziemne. A gdyby tak zobaczyć świat z góry…?” – kombinowałem po cichu. Wysłałam do Fundacji PODAJ DALEJ wypełniony formularz zgłoszeniowy. I prawie od razu odebrałem telefon z zaproszeniem do Konina. Poznałem wtedy Pawła Trzęsowskiego i słuchałam tego co mówi, dosłownie z otwartą buzią. Do tej pory jest dla mnie ogromnym autorytetem.

Pierwszy lot w tandemie. Wysłali mnie w powietrze z jednym z wychowanków Pawła. Dostałem na chwilę sterówki do dłoni. Tych uczuć, które mną ogarnęły nie potrafię opisać. A pierwszy samodzielny lot? Najpierw patrzyłem na start kolegi. Usiadł na wózku, wpiął się do niego i zapiął spadochron zapasowy. Wyciągarka ruszyła… Patrzyłem jak kolega wzbija się na 30, potem 50 metrów nad ziemię i już wiedziałem, że to będzie normalny lot na 400 metrach wysokości. I że za chwilę ja też tak wysoko polecę. W pierwszej chwili chciałem uciec. Ale szybko poczułem, że czeka mnie wyjątkowo piękne przeżycie. Gdy mnie już ciągnęli na wyciągarce, to tętno miałem rekordowe… Podczas lotu byłem tak wystraszony, że patrzyłem tylko na czaszę skrzydła i słuchałam dyspozycji podawanych przez radio… Od tamtego lotu – latam kiedy tylko mogę.

Kiedy coś postanowię, to szybko to realizuję. Tak też było z „licencją” paralotniową. Latam już od siedmiu lat, ale mam do paralotni wielką pokorę. Każdy lot to fajne przeżycie z mnóstwem endorfin. To jest jedna strona. Ale też przy każdym locie potrzebne są: koncentracja, rozwaga, mądrość wyboru i pełna gotowość na wszystko – niespodziewany podmuch wiatru i nagłe zwroty, konieczność wcześniejszego lądowania. Jest też podczas lotu czas na ciszę i podziwianie przyrody, ale wciąż trzeba czujnie obserwować jakie też ta przyroda szykuje niespodzianki.

Bohater tekstu, w czapce z daszkiem na głowie, siedzi na drewnianej, huśtanej ławce ogrodowej ustawionej na trawie na zboczu góry i patrzy w obiektyw. Obok niego stoi jego wózek inwalidzki

PIOTR MAŁEK

PARALOTNIARZ

mąż, ojciec, analityk rynku złota, koszykarz i szermierz na wózku, wicemistrz Polski w jeździe na handbike’u

Dziewczyna była piękna. Dostrzegłem ją na pomoście pociągu, który czekał na sygnał do odjazdu. Wszedłem do niego, aby z dziewczyną porozmawiać. A potem chciałem się popisać, zaimponować jej, więc wyskoczyłem z pociągu, kiedy ten był już w biegu i… Ten jeden raz, niestety, nie udało się. Koła pociągu obcięły mi obie nogi… Był 1985 r., miałem 19 lat i nadzieję na kolejne. Tej dziewczyny nigdy już potem nie spotkałem. Ale wiem, że to ona pociągnęła za hamulec bezpieczeństwa, gdy zobaczyła jak spadam pod koła… To wydarzyło się na stacji w Otwocku k. Warszawy. W mieście, w którym urodziłem się i mieszkam do tej pory.

Pierwszych sześć lat było strasznych. To były zupełnie inne czasy. Nie było internetu, a więc także dostępu do informacji i do ludzi. Dla sprawnych byłem kaleką, inwalidą. Nikt mi nie podpowiedział i nie pokazał jak mam sobie dalej radzić. Nie wiedziałem jak pokierować swoim życiem. Zrobiła to za mnie mama. Umieściła mnie na dwa lata w szkole w Konstancinie-Jeziornej. Kolega zabrał mnie na trening koszykówki na wózkach. Włączyłem się do gry. Gdybym wtedy mieszkał w Warszawie, zrobiłbym wszystko, aby dalej uprawiać ten sport. Ale wróciłem do Otwocka, gdzie znowu dopadł mnie smutek i poczucie rezygnacji.

Zająłem się zarabianiem pieniędzy. Z czegoś musiałem żyć i ja, i moja rodzina. Bo potem ożeniłem się i stałem się ojcem dla syna mojej żony. Zacząłem więc handlować muzyką. To moje największe hobby. Marzyłem kiedyś o muzycznej kawiarni, ale… wysokość tantiem za prawa autorskie szybko zweryfikowała te wizje. Od 2000 r. pracuję już na etatach. Byłem m.in. szewcem, szlifowałem diamenty w firmie polonijnej, kontrolowałem jakość kabli elektrycznych, kierowałem zespołem ludzi zbierających informacje handlowe i nadzorowałem zdalny monitoring w firmie ochroniarskiej. A teraz jestem analitykiem rynku złota i biżuterii. A moje życie składa się z: pracy (do godz. 13:00) i z treningów. Bo sport też uprawiam…

To tata zabrał mnie na Wyścig Pokoju. Patrzyłem na zlanych potem kolarzy, słuchałem terkotu kół i widziałem siebie na siodełku roweru. Sądziłem, że to będzie kolejne niespełnione marzenie. Dopóki nie zobaczyłem handbike’a… Byłem zdeterminowany, aby na nim jeździć – nie tylko dla siebie, ale i wyczynowo. Startowałem w wielu zawodach krajowych i pucharach świata. Obecnie, w wieku 59 lat jestem wicemistrzem Polski. Zrobiłem też uprawnienia instruktora kolarstwa.

„A może chciałbyś polatać na paralotni?” Zapytał mnie kiedyś kolega, Krzysztof Szuter, z którym jeździmy na handbike’u i na monoski. Byliśmy wtedy na zgrupowaniu w Wiśle i jedliśmy kolację w stołówce. „Coś ty! Brakuje mi jeszcze złamanego kręgosłupa” – odparłem znad talerza, ale… myśl pozostała i nie dawała mi spokoju. „Piłka, szpada (bo jeszcze próbowałem szermierki), rower, narty… Fajne sporty, ale przyziemne. A gdyby tak zobaczyć świat z góry…?” – kombinowałem po cichu. Wysłałam do Fundacji PODAJ DALEJ wypełniony formularz zgłoszeniowy. I prawie od razu odebrałem telefon z zaproszeniem do Konina. Poznałem wtedy Pawła Trzęsowskiego i słuchałam tego co mówi, dosłownie z otwartą buzią. Do tej pory jest dla mnie ogromnym autorytetem.

Pierwszy lot w tandemie. Wysłali mnie w powietrze z jednym z wychowanków Pawła. Dostałem na chwilę sterówki do dłoni. Tych uczuć, które mną ogarnęły nie potrafię opisać. A pierwszy samodzielny lot? Najpierw patrzyłem na start kolegi. Usiadł na wózku, wpiął się do niego i zapiął spadochron zapasowy. Wyciągarka ruszyła… Patrzyłem jak kolega wzbija się na 30, potem 50 metrów nad ziemię i już wiedziałem, że to będzie normalny lot na 400 metrach wysokości. I że za chwilę ja też tak wysoko polecę. W pierwszej chwili chciałem uciec. Ale szybko poczułem, że czeka mnie wyjątkowo piękne przeżycie. Gdy mnie już ciągnęli na wyciągarce, to tętno miałem rekordowe… Podczas lotu byłem tak wystraszony, że patrzyłem tylko na czaszę skrzydła i słuchałam dyspozycji podawanych przez radio… Od tamtego lotu – latam kiedy tylko mogę.

Kiedy coś postanowię, to szybko to realizuję. Tak też było z „licencją” paralotniową. Latam już od siedmiu lat, ale mam do paralotni wielką pokorę. Każdy lot to fajne przeżycie z mnóstwem endorfin. To jest jedna strona. Ale też przy każdym locie potrzebne są: koncentracja, rozwaga, mądrość wyboru i pełna gotowość na wszystko – niespodziewany podmuch wiatru i nagłe zwroty, konieczność wcześniejszego lądowania. Jest też podczas lotu czas na ciszę i podziwianie przyrody, ale wciąż trzeba czujnie obserwować jakie też ta przyroda szykuje niespodzianki.