
MICHAŁ WOŹNIAK
PARALOTNIARZ
specjalista e-commerce, fan informatyki
Jestem takim… „dziwakiem”. Bo to jest tak…Potrzebuję pomocy np. przy jedzeniu, po mieszkaniu poruszam się na kolanach, na miasto wyjeżdżam wózkiem elektrycznym. A to wszystko dlatego, że mam mózgowe porażenie dziecięce i częste tzw. ruchy mimowolne. Przy czynnościach bardziej precyzyjnych moje ręce stają się bardziej spastyczne i trudno mi je „okiełznać”. Ale za to – doskonale prowadzę samochód. Pamiętam egzamin na prawo jazdy. Podjeżdżamy z instruktorem do auta, a on patrzy na przerażoną minę egzaminatora i mówi: „Pan się nie martwi. Jest lepiej, niż wygląda”. I egzamin zdałem za pierwszym razem. Już 16 lat temu. I tak właśnie „dziwnie” dzieje się, że gdy prowadzę auto to ruchy spastyczne „wyciszają się”.
„Egzamin” do projektu ROZWIŃ SKRZYDŁA też zdałem. To znaczy zaliczyłem rozmowę kwalifikacyjną. A ja podczas niej „błysnąłem”, bo opowiedziałem dokładnie jak to się dzieje, że paralotnia unosi się w powietrzu. Przydało mi się te 2,5 roku studiowania fizyki na Uniwersytecie Warszawskim. Studia musiałem niestety przerwać, ale wiedza pozostała. Planuję wkrótce wrócić do dalszego kształcenia, ale tym razem wybrałem informatykę w Polsko – Japońskiej Szkole Technik Komputerowych.
O Fundacji PODAJ DALEJ najpierw usłyszałem. Tak się złożyło, że przez wiele lat spędzałem wakacje koło Konina. Kiedy w 2015 r., mój kolega (z Warszawy) umieścił na swoim profilu Facebook ogłoszenie o naborze do projektu ROZWIŃ SKRZYDŁA, nazwę fundacji, która go realizowała już znałem. „A może byśmy się zgłosili?” – zapytał mnie kolega i to miał być taki żarcik sytuacyjny, bo on jest jeszcze bardziej niepełnosprawny, niż ja. Tylko, że ja… wysłałem zgłoszenie. Dla śmiechu. Byłem pewien, że mnie nie przyjmą. Z lataniem do czynienia nie miałem. Bardziej ze… spadaniem. Przez 10 lat byłem harcerzem 40 Warszawskiej Drużyny Harcerskiej i Zuchowej im. I Samodzielnej Brygady Spadochronowej. Jedyny harcerz na wózku. Patrzyłem na skaczących kolegów i marzyłem, że kiedyś do nich dołączę. A tymczasem, zamiast spadochronu, los podarował mi glajta.
„To latanie z glajtem, to pewnie też tylko z instruktorem”. Tak myślałem, gdy się okazało, że jednak włączyli mnie do grupy szkoleniowej. A tymczasem, trzeciego dnia wieczorem, po ćwiczeniach z utrzymania skrzydła w powietrzu, nasz instruktor, Paweł obwieścił, że jutro latamy już sami. Byłem pewien, że to dowcip. Nie był… Wtedy zacząłem się bać, np. że po wypięciu liny nie złapię sterówki i nie wyląduję. „Woźniak, w co ty się pakujesz?” – myślałem. Byłem obolały po licznych spotkaniach… z twardą ziemią i wciąż pytałem instruktorów, czy oni są, aby pewni, że ja mam lecieć sam. W końcu uznałem, że gdyby uznali, że nie dam rady, to by mnie nie puścili. Tego pierwszego, samodzielnego lotu nie pamiętam. Tak bardzo byłem skupiony na słuchaniu komend z radia i na sterówkach. Ale już wtedy wiedziałem, że z paralotni nie zrezygnuję.
Które loty pamiętam najbardziej? Na pewno czwarty. Bo mnie wtedy tak „wywiało”, że wylądowałem na polu kartofli, które z kolei było za polem kukurydzy, więc mnie długo szukali. Od tamtej pory mam w telefonie aplikację, która pozwala mnie namierzyć. I pamiętam mój piąty lot, w 2016 r., bo był najwyższy. Wzniosłem się na 1 300 metrów nad ziemię. Udało mi się złapać świetną termikę. Trochę się wystraszyłem, gdy radio na trochę zamilkło i nie słyszałem żadnych instrukcji. Ale na szczęście Paweł szybko odezwał się i wyjaśnił, że… pozwolił mi napawać się ciszą.
Podczas lotu muszę zapanować nad rękami. To wymaga ode mnie większego skupienia. Ale uprawianie paralotniarstwa pokazało mi też, że mogę wykonać więcej czynności, niż sądziłem. Potrzebuję pomocy asystenta np. przy zapinaniu uprzęży i kasku, podpięciu liny, albo przy transporcie do mojego wózka. Zwłaszcza, gdy wyląduję daleko, w „szczerym polu”. Ale coraz lepiej idzie mi samodzielne wypinanie się z wózka paralotni.
Żałuję, że tak mało latam. Najpierw pandemia, potem nowy związek i praca, zobowiązania rodzinne. Trudno mi się wyrwać na lotnisko. A tak lubię latać w Bieszczadach, w Bezmiechowej. I tak bardzo chciałbym polatać gdzieś poza Polską. Wierzę, że wszystko przede mną… Paralotnie są dla mnie wielkim, osobistym sukcesem. To także szczególne chwile, kiedy mogę być tylko sam ze sobą, tu i teraz. Podczas lotu ważna jest tylko właśnie TA chwila… Czy uprawiam jeszcze jakieś sporty? Tak, wspinam się po ściance. Pewnie dlatego, że mnie wciąż ciągnie w górę.

MICHAŁ WOŹNIAK
PARALOTNIARZ
specjalista e-commerce, fan informatyki
Jestem takim… „dziwakiem”. Bo to jest tak…Potrzebuję pomocy np. przy jedzeniu, po mieszkaniu poruszam się na kolanach, na miasto wyjeżdżam wózkiem elektrycznym. A to wszystko dlatego, że mam mózgowe porażenie dziecięce i częste tzw. ruchy mimowolne. Przy czynnościach bardziej precyzyjnych moje ręce stają się bardziej spastyczne i trudno mi je „okiełznać”. Ale za to – doskonale prowadzę samochód. Pamiętam egzamin na prawo jazdy. Podjeżdżamy z instruktorem do auta, a on patrzy na przerażoną minę egzaminatora i mówi: „Pan się nie martwi. Jest lepiej, niż wygląda”. I egzamin zdałem za pierwszym razem. Już 16 lat temu. I tak właśnie „dziwnie” dzieje się, że gdy prowadzę auto to ruchy spastyczne „wyciszają się”.
„Egzamin” do projektu ROZWIŃ SKRZYDŁA też zdałem. To znaczy zaliczyłem rozmowę kwalifikacyjną. A ja podczas niej „błysnąłem”, bo opowiedziałem dokładnie jak to się dzieje, że paralotnia unosi się w powietrzu. Przydało mi się te 2,5 roku studiowania fizyki na Uniwersytecie Warszawskim. Studia musiałem niestety przerwać, ale wiedza pozostała. Planuję wkrótce wrócić do dalszego kształcenia, ale tym razem wybrałem informatykę w Polsko – Japońskiej Szkole Technik Komputerowych.
O Fundacji PODAJ DALEJ najpierw usłyszałem. Tak się złożyło, że przez wiele lat spędzałem wakacje koło Konina. Kiedy w 2015 r., mój kolega (z Warszawy) umieścił na swoim profilu Facebook ogłoszenie o naborze do projektu ROZWIŃ SKRZYDŁA, nazwę fundacji, która go realizowała już znałem. „A może byśmy się zgłosili?” – zapytał mnie kolega i to miał być taki żarcik sytuacyjny, bo on jest jeszcze bardziej niepełnosprawny, niż ja. Tylko, że ja… wysłałem zgłoszenie. Dla śmiechu. Byłem pewien, że mnie nie przyjmą. Z lataniem do czynienia nie miałem. Bardziej ze… spadaniem. Przez 10 lat byłem harcerzem 40 Warszawskiej Drużyny Harcerskiej i Zuchowej im. I Samodzielnej Brygady Spadochronowej. Jedyny harcerz na wózku. Patrzyłem na skaczących kolegów i marzyłem, że kiedyś do nich dołączę. A tymczasem, zamiast spadochronu, los podarował mi glajta.
„To latanie z glajtem, to pewnie też tylko z instruktorem”. Tak myślałem, gdy się okazało, że jednak włączyli mnie do grupy szkoleniowej. A tymczasem, trzeciego dnia wieczorem, po ćwiczeniach z utrzymania skrzydła w powietrzu, nasz instruktor, Paweł obwieścił, że jutro latamy już sami. Byłem pewien, że to dowcip. Nie był… Wtedy zacząłem się bać, np. że po wypięciu liny nie złapię sterówki i nie wyląduję. „Woźniak, w co ty się pakujesz?” – myślałem. Byłem obolały po licznych spotkaniach… z twardą ziemią i wciąż pytałem instruktorów, czy oni są, aby pewni, że ja mam lecieć sam. W końcu uznałem, że gdyby uznali, że nie dam rady, to by mnie nie puścili. Tego pierwszego, samodzielnego lotu nie pamiętam. Tak bardzo byłem skupiony na słuchaniu komend z radia i na sterówkach. Ale już wtedy wiedziałem, że z paralotni nie zrezygnuję.
Które loty pamiętam najbardziej? Na pewno czwarty. Bo mnie wtedy tak „wywiało”, że wylądowałem na polu kartofli, które z kolei było za polem kukurydzy, więc mnie długo szukali. Od tamtej pory mam w telefonie aplikację, która pozwala mnie namierzyć. I pamiętam mój piąty lot, w 2016 r., bo był najwyższy. Wzniosłem się na 1 300 metrów nad ziemię. Udało mi się złapać świetną termikę. Trochę się wystraszyłem, gdy radio na trochę zamilkło i nie słyszałem żadnych instrukcji. Ale na szczęście Paweł szybko odezwał się i wyjaśnił, że… pozwolił mi napawać się ciszą.
Podczas lotu muszę zapanować nad rękami. To wymaga ode mnie większego skupienia. Ale uprawianie paralotniarstwa pokazało mi też, że mogę wykonać więcej czynności, niż sądziłem. Potrzebuję pomocy asystenta np. przy zapinaniu uprzęży i kasku, podpięciu liny, albo przy transporcie do mojego wózka. Zwłaszcza, gdy wyląduję daleko, w „szczerym polu”. Ale coraz lepiej idzie mi samodzielne wypinanie się z wózka paralotni.
Żałuję, że tak mało latam. Najpierw pandemia, potem nowy związek i praca, zobowiązania rodzinne. Trudno mi się wyrwać na lotnisko. A tak lubię latać w Bieszczadach, w Bezmiechowej. I tak bardzo chciałbym polatać gdzieś poza Polską. Wierzę, że wszystko przede mną… Paralotnie są dla mnie wielkim, osobistym sukcesem. To także szczególne chwile, kiedy mogę być tylko sam ze sobą, tu i teraz. Podczas lotu ważna jest tylko właśnie TA chwila… Czy uprawiam jeszcze jakieś sporty? Tak, wspinam się po ściance. Pewnie dlatego, że mnie wciąż ciągnie w górę.


