
LESZEK JEŻ
ASYSTENT
mąż, ojciec, dziadek, absolwent Dęblińskiej Szkoły Orląt, emerytowany pułkownik pilot, asystent osób z niepełnosprawnością
Był początek lat 70. ubiegłego wieku. Znalazłem tę książkę w osiedlowej bibliotece w Rzeszowie. Na okładce widniał tytuł: „Rycerze biało-czerwonej szachownicy” i nazwisko autora: Bohdan Arct. Nie przeczytałem tej książki, ja ją „pochłonąłem”. A potem kolejne o tematyce lotniczej. Wybór szkoły średniej – technikum, które działało przy ówczesnej wytwórni silników lotniczych w Rzeszowie był celowy. Mogłem się uczyć poznając lotnictwo od technicznej strony, a także latać na lotniach w szkolnym klubie. Zapisałem się również do aeroklubu, w którym zdobyłem uprawnienia do pilotowania szybowców i samolotów.
Wojsko „upomniało się” o mnie po maturze. Poprzez zasadniczą służbę wojskową trafiłem do Wyższej Oficerskiej Szkoły Lotniczej. W 1986 r. zostałem oficerem z tytułem pilota samolotów odrzutowych. Odsłużyłem w wojsku 30 lat, zmieniając typy statków powietrznych i jednostki wojskowe. Służbę zakończyłem w stopniu pułkownika, na etacie w wojskowej instytucji zajmującej się bezpieczeństwem lotów i badaniem wypadków lotniczych.
Polubiłem emeryturę. Tylko, że „nie robienie nic” jest miłe, ale na krótko. Szybko znalazłem nową lotniczą pasję: paralotniarstwo. W światku paralotniowym poznałem Pawła Trzęsowskiego, instruktora paralotniarstwa. Pewnego dnia Paweł opublikował na Facebooku ogłoszenie Fundacji PODAJ DALEJ szukającej wolontariuszy do pomocy w organizacji szkolenia paralotniowego dla osób z niepełnosprawnością. To było dla mnie coś niezwykłego. Dla mnie, lotnictwo było zarezerwowane dla osób o doskonałej kondycji psychofizycznej. Ciekawiło mnie jak poradzą sobie osoby z niepełnosprawnością. Zgłosiłem się do udziału w projekcie ROZWIŃ SKRZYDŁA.
– Jeśli on sam nie może jeść, to jak on będzie latał…? Pomyślałem oszołomiony, gdy poproszono mnie, abym nakarmił swojego pierwszego podopiecznego, Michała. Był rok 2015 i pierwsza edycja projektu, a ja, jeśli chodzi o wiedzę o osobach z niepełnosprawnością i ich możliwościach byłem zupełnie „zielony”. Michał miał dziecięce porażenie mózgowe. Poza tym, że potrzebował pomocy przy jedzeniu, był – ku mojemu zaskoczeniu – bardzo samodzielny. Poruszał się na wózku, na który sam wsiadał i z którego przesiadał się np. do samochodu na miejsce… kierowcy, bo sam też auto prowadził. Wkrótce z niedowierzaniem i radością obserwowałem samodzielne loty Michała.
Pierwsza edycja „Skrzydeł” była pionierska. Także dla wolontariuszy. Szkolenie wolontariuszy realizowaliśmy – mówiąc po żołniersku: w boju. Jako pilot paralotniowy byłem jednak przygotowany do udzielania pomocy w kwestiach lotniczych. A tego jakiej dokładnie pomocy w codziennym życiu oczekują, uczyły nas same osoby z niepełnosprawnością. Dziś wolontariusze, asystenci to głównie osoby latające na paralotniach, mające doświadczenie we współpracy z osobami z niepełnosprawnością. Owocuje to wspaniałą atmosferą i osiągnieciami w szkoleniu lotniczym.
„Skrzydlaty” asystent ma 2 rodzaje zadań. Pierwsze to pomoc osobie z niepełnosprawnością w czynnościach organizacyjnych i osobistych (np. w zakwaterowaniu, dojazdach na start, wjechaniu na wyjątkowo wysoki krawężnik itp.). Drugie, to zadania związane z lataniem, czyli np. zapięcie w wózku, uzbrojenie w odpowiedni osprzęt, rozłożenie i złożenie skrzydła, podpięcie skrzydła, po wylądowaniu przyciągnięcie wózka na miejsce startu itp. Ale zawsze jest to pomoc tylko w tych czynnościach, których osoba z niepełnosprawnością sama wykonać nie może. Staramy się, by nasze koleżanki i koledzy z niepełnosprawnością byli jak najbardziej samodzielni.
Brałem udział w wielu edycjach projektu. Ile razy? Nie pamiętam. Nie przypominam sobie też jakiś dramatycznych sytuacji. Zdarzają się drobne incydenty zakończone uszkodzeniem wózka, potłuczeniem czy zadrapaniami. Ale to tylko małe przeszkody na drodze do podniebnej przygody. Miałem szczęście, że trafiłem do tego projektu i mogę choć cząstkę mojej lotniczej wiedzy i pasji przekazać tym, którzy mają tak trudną drogę do chmur.
Lotnictwo to moje życie zawodowe, ale i pasja, przygoda. Teraz się lataniem bawię. Jeśli nie pomagam podczas szkoleń projektowych, zabieram skrzydło i jeżdżę z kolegami obejrzeć z góry świat. Na ziemi też nie próżnuję, uwielbiam rower, narty, basen. Dziś również wnuki absorbują mój czas. Dbają bym czasami nie zajął miejsca w fotelu. Dopóki można, trzeba żyć aktywnie dla siebie i innych.

LESZEK JEŻ
ASYSTENT
mąż, ojciec, dziadek, absolwent Dęblińskiej Szkoły Orląt, emerytowany pułkownik pilot, asystent osób z niepełnosprawnością
Był początek lat 70. ubiegłego wieku. Znalazłem tę książkę w osiedlowej bibliotece w Rzeszowie. Na okładce widniał tytuł: „Rycerze biało-czerwonej szachownicy” i nazwisko autora: Bohdan Arct. Nie przeczytałem tej książki, ja ją „pochłonąłem”. A potem kolejne o tematyce lotniczej. Wybór szkoły średniej – technikum, które działało przy ówczesnej wytwórni silników lotniczych w Rzeszowie był celowy. Mogłem się uczyć poznając lotnictwo od technicznej strony, a także latać na lotniach w szkolnym klubie. Zapisałem się również do aeroklubu, w którym zdobyłem uprawnienia do pilotowania szybowców i samolotów.
Wojsko „upomniało się” o mnie po maturze. Poprzez zasadniczą służbę wojskową trafiłem do Wyższej Oficerskiej Szkoły Lotniczej. W 1986 r. zostałem oficerem z tytułem pilota samolotów odrzutowych. Odsłużyłem w wojsku 30 lat, zmieniając typy statków powietrznych i jednostki wojskowe. Służbę zakończyłem w stopniu pułkownika, na etacie w wojskowej instytucji zajmującej się bezpieczeństwem lotów i badaniem wypadków lotniczych.
Polubiłem emeryturę. Tylko, że „nie robienie nic” jest miłe, ale na krótko. Szybko znalazłem nową lotniczą pasję: paralotniarstwo. W światku paralotniowym poznałem Pawła Trzęsowskiego, instruktora paralotniarstwa. Pewnego dnia Paweł opublikował na Facebooku ogłoszenie Fundacji PODAJ DALEJ szukającej wolontariuszy do pomocy w organizacji szkolenia paralotniowego dla osób z niepełnosprawnością. To było dla mnie coś niezwykłego. Dla mnie, lotnictwo było zarezerwowane dla osób o doskonałej kondycji psychofizycznej. Ciekawiło mnie jak poradzą sobie osoby z niepełnosprawnością. Zgłosiłem się do udziału w projekcie ROZWIŃ SKRZYDŁA.
– Jeśli on sam nie może jeść, to jak on będzie latał…? Pomyślałem oszołomiony, gdy poproszono mnie, abym nakarmił swojego pierwszego podopiecznego, Michała. Był rok 2015 i pierwsza edycja projektu, a ja, jeśli chodzi o wiedzę o osobach z niepełnosprawnością i ich możliwościach byłem zupełnie „zielony”. Michał miał dziecięce porażenie mózgowe. Poza tym, że potrzebował pomocy przy jedzeniu, był – ku mojemu zaskoczeniu – bardzo samodzielny. Poruszał się na wózku, na który sam wsiadał i z którego przesiadał się np. do samochodu na miejsce… kierowcy, bo sam też auto prowadził. Wkrótce z niedowierzaniem i radością obserwowałem samodzielne loty Michała.
Pierwsza edycja „Skrzydeł” była pionierska. Także dla wolontariuszy. Szkolenie wolontariuszy realizowaliśmy – mówiąc po żołniersku: w boju. Jako pilot paralotniowy byłem jednak przygotowany do udzielania pomocy w kwestiach lotniczych. A tego jakiej dokładnie pomocy w codziennym życiu oczekują, uczyły nas same osoby z niepełnosprawnością. Dziś wolontariusze, asystenci to głównie osoby latające na paralotniach, mające doświadczenie we współpracy z osobami z niepełnosprawnością. Owocuje to wspaniałą atmosferą i osiągnieciami w szkoleniu lotniczym.
„Skrzydlaty” asystent ma 2 rodzaje zadań. Pierwsze to pomoc osobie z niepełnosprawnością w czynnościach organizacyjnych i osobistych (np. w zakwaterowaniu, dojazdach na start, wjechaniu na wyjątkowo wysoki krawężnik itp.). Drugie, to zadania związane z lataniem, czyli np. zapięcie w wózku, uzbrojenie w odpowiedni osprzęt, rozłożenie i złożenie skrzydła, podpięcie skrzydła, po wylądowaniu przyciągnięcie wózka na miejsce startu itp. Ale zawsze jest to pomoc tylko w tych czynnościach, których osoba z niepełnosprawnością sama wykonać nie może. Staramy się, by nasze koleżanki i koledzy z niepełnosprawnością byli jak najbardziej samodzielni.
Brałem udział w wielu edycjach projektu. Ile razy? Nie pamiętam. Nie przypominam sobie też jakiś dramatycznych sytuacji. Zdarzają się drobne incydenty zakończone uszkodzeniem wózka, potłuczeniem czy zadrapaniami. Ale to tylko małe przeszkody na drodze do podniebnej przygody. Miałem szczęście, że trafiłem do tego projektu i mogę choć cząstkę mojej lotniczej wiedzy i pasji przekazać tym, którzy mają tak trudną drogę do chmur.
Lotnictwo to moje życie zawodowe, ale i pasja, przygoda. Teraz się lataniem bawię. Jeśli nie pomagam podczas szkoleń projektowych, zabieram skrzydło i jeżdżę z kolegami obejrzeć z góry świat. Na ziemi też nie próżnuję, uwielbiam rower, narty, basen. Dziś również wnuki absorbują mój czas. Dbają bym czasami nie zajął miejsca w fotelu. Dopóki można, trzeba żyć aktywnie dla siebie i innych.


