
KRYSTYNA BORKOWSKA
ASYSTENTKA
tłumaczka – przewodniczka osób głuchoniewidomych, specjalistka ds. dostępności i audiodeskrypcji, szkoleniowiec, asystentka osób z niepełnosprawnością
Świat osób głuchoniemych mnie fascynował. Uważałam go za tajemniczy i chciałam go poznać. Nauczyłam się więc języka migowego i trafiłam do pracy w stowarzyszeniu osób głuchoniewidomych. Zajęłam się także audiodeskrypcją. Nieznającym tego terminu wyjaśniam, że to opis werbalny treści wizualnych dla osób niewidomych i słabowidzących. Ja zaś specjalizuję się w audiodeskrypcji spektakli teatralnych. Współpracuję m.in. z Teatrem im. Wilama Horzycy w Toruniu i Teatrem Starym w Krakowie. Lubię tę twórczą pracę. Wymaga i analizy i kreatywności, bo nie da się opisać wszystkiego co dzieje się na scenie podczas przedstawienia. Moją rolą jest znalezienie balansu. Aby opis słowny, był równie ciekawy jak spektakl.
A na paralotnie trafiłam przypadkiem. Kiedy mój tata zachorował na raka, szukałam jakieś „odskoczni” od tej trudnej emocjonalnie sytuacji. Trafiłam na informację, że Fundacja PODAJ DALEJ poszukuje wolontariuszy/asystentów do projektu ROZWIŃ SKRZYDŁA. Wysłałam e-mail – pierwszy raz w życiu przez telefon. Tak mi się podświadomie śpieszyło. Jakiś czas później zaproszono mnie na szkolenie paralotniowe dla osób z niepełnosprawnością.
Pojechałam zupełnie nieprzygotowana. To, że wzięłam nieodpowiednie buty, które szybko się rozpadły, to nic. Gorzej – nie zdawałam sobie sprawy, że praca takiego wolontariusza to bardziej… crossfit, niż asystowanie. Szkolenia żadnego nie miałam. Uznano, że skoro działam wśród osób z niepełnosprawnością, to i tutaj sobie poradzę. A ja nie miałam żadnych doświadczeń w pracy z osobami na wózkach. Uważałam, że one po prostu nie chodzą i już. Nie wiedziałam, jak wielu ograniczeniom podlega ich życie, jak wiele mają dolegliwości. Ten świat był tak inny, że wciąż bałam się popełnić jakąś gafę. Sama na siebie wkurzałam się: Krystyna, jak ty się zachowujesz! Przecież ty też uświadamiasz ludzi, że osoby z niepełnosprawnością taktuje się normalnie.
Ale ja wiem, że wpadłam w „sidła” mitu. Bo my, sprawni, wciąż jeszcze uważamy, że nad osobami z niepełnosprawnością trzeba się litować. I dlatego te nasze kontakty są na początku trochę sztuczne. Ale gdy już poznamy się, to niepełnosprawności nie zauważamy. Dopóki nie pojawią się problemy z dostępnością, np. schody przy wejściu do restauracji, albo przeczytanie menu. Wtedy obie strony relacji uświadamiają sobie, że wsparcie jest potrzebne… Ja już po pierwszym zajęciach z paralotniarzami wiedziałam, że do nich wrócę. Podobała mi się intensywna praca jako psychiczny odpoczynek, ale też to, że nie ma podziału na uczestników projektu, kadrę i wolontariuszy. Jesteśmy jedną grupą, w której każdy ma swoje zadania, ale wspólnie wspieramy się w pasji latania.
I tak już pomagam „rozwijać skrzydła” od 7 lat. A od 2 lat koordynuję logistykę wyjazdów. Załatwiam przejazdy, noclegi, wyżywienie etc. Staram się także, aby nasi paralotniarze i asystenci poznali miejsca, kraje, w których latamy. Wpadki się trafiają…. Pamiętam pierwszy wyjazd do Włoch. Wymyśliłam, że zwiedzimy Wenecję. Pojechaliśmy tam, ale trudno nam było znaleźć parking. Wypuściliśmy więc naszych niepełnosprawnych z autokaru i z kierowcą szukaliśmy dalej. A tu nagle telefon: „Krystyna, słuchaj, bo tu w tej Wenecji to wszędzie są mosty i nie da się po nich jeździć wózkami”. Cóż… Moja wina – nie dopytałam. Uratował nas tramwaj wodny. Gdy w 2025 r. znowu pojechaliśmy do Włoch, to na zwiedzanie wybrałam Weronę. Kłopotów już nie było.
Ja na paralotni nie latam. Ochotę mam, ale wciąż odkładam zrobienie kursu paralotniowego. Mogłabym polecieć w tandemie, ale nie zrobiłam tego, bo uważam, że powinnam być fachowo przygotowana. Za to bardzo lubię tzw. klarowanie, czyli rozplątywanie linek paralotni. To jest kapitalna łamigłówka.
Jest coś co mnie denerwuje. Chodzi mi o wyznaczenie przez osoby sprawne granic tego, co mogą w życiu robić osoby z niepełnosprawnością. Kiedy zabierałam osoby niewidome na wycieczki do górskich jaskini, słyszałam oburzenie, że i oni i ja zachowujemy się nieodpowiedzialnie. To samo słyszę, gdy mówię o paralotniarzach z niepełnosprawnością. I nie rozumiem tego. W pełni sprawne, czy nie – jesteśmy osobami dorosłymi i świadomymi tego co robimy. Skoro sprawny może latać na paralotni, to może to także robić osoba z niepełnosprawnością, jeśli tylko kondycja jej na to pozwala.

KRYSTYNA BORKOWSKA
ASYSTENTKA
tłumaczka – przewodniczka osób głuchoniewidomych, specjalistka ds. dostępności i audiodeskrypcji, szkoleniowiec, asystentka osób z niepełnosprawnością
Świat osób głuchoniemych mnie fascynował. Uważałam go za tajemniczy i chciałam go poznać. Nauczyłam się więc języka migowego i trafiłam do pracy w stowarzyszeniu osób głuchoniewidomych. Zajęłam się także audiodeskrypcją. Nieznającym tego terminu wyjaśniam, że to opis werbalny treści wizualnych dla osób niewidomych i słabowidzących. Ja zaś specjalizuję się w audiodeskrypcji spektakli teatralnych. Współpracuję m.in. z Teatrem im. Wilama Horzycy w Toruniu i Teatrem Starym w Krakowie. Lubię tę twórczą pracę. Wymaga i analizy i kreatywności, bo nie da się opisać wszystkiego co dzieje się na scenie podczas przedstawienia. Moją rolą jest znalezienie balansu. Aby opis słowny, był równie ciekawy jak spektakl.
A na paralotnie trafiłam przypadkiem. Kiedy mój tata zachorował na raka, szukałam jakieś „odskoczni” od tej trudnej emocjonalnie sytuacji. Trafiłam na informację, że Fundacja PODAJ DALEJ poszukuje wolontariuszy/asystentów do projektu ROZWIŃ SKRZYDŁA. Wysłałam e-mail – pierwszy raz w życiu przez telefon. Tak mi się podświadomie śpieszyło. Jakiś czas później zaproszono mnie na szkolenie paralotniowe dla osób z niepełnosprawnością.
Pojechałam zupełnie nieprzygotowana. To, że wzięłam nieodpowiednie buty, które szybko się rozpadły, to nic. Gorzej – nie zdawałam sobie sprawy, że praca takiego wolontariusza to bardziej… crossfit, niż asystowanie. Szkolenia żadnego nie miałam. Uznano, że skoro działam wśród osób z niepełnosprawnością, to i tutaj sobie poradzę. A ja nie miałam żadnych doświadczeń w pracy z osobami na wózkach. Uważałam, że one po prostu nie chodzą i już. Nie wiedziałam, jak wielu ograniczeniom podlega ich życie, jak wiele mają dolegliwości. Ten świat był tak inny, że wciąż bałam się popełnić jakąś gafę. Sama na siebie wkurzałam się: Krystyna, jak ty się zachowujesz! Przecież ty też uświadamiasz ludzi, że osoby z niepełnosprawnością taktuje się normalnie.
Ale ja wiem, że wpadłam w „sidła” mitu. Bo my, sprawni, wciąż jeszcze uważamy, że nad osobami z niepełnosprawnością trzeba się litować. I dlatego te nasze kontakty są na początku trochę sztuczne. Ale gdy już poznamy się, to niepełnosprawności nie zauważamy. Dopóki nie pojawią się problemy z dostępnością, np. schody przy wejściu do restauracji, albo przeczytanie menu. Wtedy obie strony relacji uświadamiają sobie, że wsparcie jest potrzebne… Ja już po pierwszym zajęciach z paralotniarzami wiedziałam, że do nich wrócę. Podobała mi się intensywna praca jako psychiczny odpoczynek, ale też to, że nie ma podziału na uczestników projektu, kadrę i wolontariuszy. Jesteśmy jedną grupą, w której każdy ma swoje zadania, ale wspólnie wspieramy się w pasji latania.
I tak już pomagam „rozwijać skrzydła” od 7 lat. A od 2 lat koordynuję logistykę wyjazdów. Załatwiam przejazdy, noclegi, wyżywienie etc. Staram się także, aby nasi paralotniarze i asystenci poznali miejsca, kraje, w których latamy. Wpadki się trafiają…. Pamiętam pierwszy wyjazd do Włoch. Wymyśliłam, że zwiedzimy Wenecję. Pojechaliśmy tam, ale trudno nam było znaleźć parking. Wypuściliśmy więc naszych niepełnosprawnych z autokaru i z kierowcą szukaliśmy dalej. A tu nagle telefon: „Krystyna, słuchaj, bo tu w tej Wenecji to wszędzie są mosty i nie da się po nich jeździć wózkami”. Cóż… Moja wina – nie dopytałam. Uratował nas tramwaj wodny. Gdy w 2025 r. znowu pojechaliśmy do Włoch, to na zwiedzanie wybrałam Weronę. Kłopotów już nie było.
Ja na paralotni nie latam. Ochotę mam, ale wciąż odkładam zrobienie kursu paralotniowego. Mogłabym polecieć w tandemie, ale nie zrobiłam tego, bo uważam, że powinnam być fachowo przygotowana. Za to bardzo lubię tzw. klarowanie, czyli rozplątywanie linek paralotni. To jest kapitalna łamigłówka.
Jest coś co mnie denerwuje. Chodzi mi o wyznaczenie przez osoby sprawne granic tego, co mogą w życiu robić osoby z niepełnosprawnością. Kiedy zabierałam osoby niewidome na wycieczki do górskich jaskini, słyszałam oburzenie, że i oni i ja zachowujemy się nieodpowiedzialnie. To samo słyszę, gdy mówię o paralotniarzach z niepełnosprawnością. I nie rozumiem tego. W pełni sprawne, czy nie – jesteśmy osobami dorosłymi i świadomymi tego co robimy. Skoro sprawny może latać na paralotni, to może to także robić osoba z niepełnosprawnością, jeśli tylko kondycja jej na to pozwala.


