
KAROLINA BRONOWICZ
PARALOTNIARKA
sportowiec, specjalistka ds. dostępności
Ból ciała, gdy zderzyło się z ziemią. Tylko tyle pamiętam z wypadku. A po bólu obudziłam się. Tylko, że to „po”, to było już tydzień później. I od razu zorientowałam się, że nie czuję nic poniżej żeber. Lekarze opisali to fachowo: porażenie kończyn dolnych w konsekwencji wybuchowego złamania trzonu jednego z kręgów piersiowych i wbicia się odłamków kręgu w kanał rdzenia kręgowego.
Jestem kobietą z Podlasia. Urodziłam się i wychowałam w Sokółce. Po maturze rozpoczęłam studia z inżynierii produkcji i gospodarki przestrzennej na Politechnice Białostockiej. W Białymstoku mieszkałam i pracowałam jako technolog produkcji w firmie wytwarzającej oprzyrządowanie dla przemysłu ciężkiego i obróbki skrawaniem. Uwielbiałam chodzić i wspinać się po górach, żeglować, jeździć na nartach i łyżwach. Służyłam też w Wojskach Obrony Terytorialnej. Tamtego lutowego dnia 2020 r. to wszystko mi odebrano…
Mogę już nie chodzić. Nie od razu zrozumiałam to zagrożenie. Potrzebnych było wiele rozmów z rodzicami i psychologiem. Długo też docierało do mnie, że muszę odnaleźć się w nowym położeniu. Po sześciu miesiącach spędzonych na operacjach i rehabilitacji wyszłam ze szpitala. Zaleczona, ale nieprzygotowana do nowego życia. Miałam tylko wózek i nadzieję zawartą w jednym słowie: Konin.
Mieszkania treningowe Fundacji PODAJ DALEJ znaleźli rodzice. Leżąc jeszcze w szpitalnym łóżku „poszperałam” w internecie. Znalazłam chłopaka z Podlasia, który w mieszkaniach był. Napisałam do niego z prośbą o poradę. Odpowiedział krótko: Jedź! Pomogą! Faktycznie – nauczyli mnie tam wszystkiego, co człowiek poruszający się na wózku umieć powinien. I nie chodzi tylko o samodzielne wsiadanie na niego i zsiadanie, ale też umycie się, ubranie, organizację czasu. Siłownia, basen, bieżnia, sala gimnastyczna – podczas ćwiczeń dawałam z siebie wszystko. Po dziewięciu miesiącach od wypadku radziłam sobie sama w łazience, kuchni i „tańcowałam” z mopem po podłodze.
Niezależności uczyłam się na dwie raty. Opuściłam mieszkanie treningowe, aby przejść operację usunięcia stabilizacji (śrub z kręgosłupa), a potem ponowną rehabilitację i budowanie wytrzymałości. Zabieg był w marcu, ale na treningi wróciłam już w maju. Aby nauczyć się jeszcze m.in. jazdy wózkiem po schodach oraz składania go i wkładania do auta.
A potem „poszłam w sport”. To był taki czas, że próbowałam wielu dyscyplin, m.in. szermierki, jazdy na handbike’u, koszykówki, żeglarstwa. Jeździłam dosłownie z jednego obozu na drugi. Sport spodobał mi się bardzo. Chciałam sprawdzić swoje możliwości. Myślałam o tym, aby szkolić sportowo dzieci z niepełnosprawnością. Jednak najbardziej przypadło mi do gustu parakanadyjkarstwo. Zaczęłam trenować, dostałam się do kadry Polski, zdobywam medale mistrzostw Europy iśŚwiata. I jeszcze, tak po cichu, marzę o udziale w Paralimpiadzie.
Wróciłam na stałe do Białegostoku. I do bardziej intensywnej rehabilitacji. Kilka miesięcy ćwiczeń usprawniających i aktywacji mięśni głębokich przyniosło efekty. Wróciłam też do studiowania, ale już na innym kierunku. Tak mnie denerwowały bariery architektoniczne, że postanowiłam zostać specjalistką ds. dostępności i wszystkie te „przeszkody” zlikwidować. Kwalifikacje zdobywałam na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. A inspiracją do mojej pracy dyplomowej były schody do… Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Sokółce. Obiecali mi, że założą windę. Zebrałam dla nich materiały, przekazałam i… czekam na tę windę.
O projekcie ROZWIŃ SKRZYDŁA dowiedziałam się w mieszkaniach treningowych. Kiedy jeszcze byłam w pełni sprawna marzyło mi się, aby skoczyć ze spadochronem. Nie wyszło… Pomyślałam, że zamiast skakać, to spróbuję polatać. Szkolenie zaczęłam trzy lata temu w Michałkowie, a pierwszy raz samodzielnie wzbiłam się w powietrze w Bezmiechowej, w Bieszczadach. I po tych trzech latach zdobyłam paralotniowe świadectwo kwalifikacji, czyli taką naszą „licencję”.
Oczywiście, że pamiętam pierwszy lot. Tego się nie zapomina… Tej mieszanki różnych emocji: strachu, ekscytacji, wyjątkowej energii i poczucia, kiedy jesteś już w powietrzu, że choć wiesz co robić, bo się uczyłaś jak skrzydło działa, jak wiatr wieje i co to są kominy powietrzne, to doświadczasz tego pierwszy raz i musisz tę wiedzę dopasować do rzeczywistości. A na koniec, łzy radości, kiedy już szczęśliwie wylądujesz. To doznanie swobody każdy powinien przeżyć przynajmniej raz. Nawet polecieć w tandemie z instruktorem i choć na chwilę przejąć sterówki, aby pokierować swoją wolnością…

KAROLINA BRONOWICZ
PARALOTNIARKA
sportowiec, specjalistka ds. dostępności
Ból ciała, gdy zderzyło się z ziemią. Tylko tyle pamiętam z wypadku. A po bólu obudziłam się. Tylko, że to „po”, to było już tydzień później. I od razu zorientowałam się, że nie czuję nic poniżej żeber. Lekarze opisali to fachowo: porażenie kończyn dolnych w konsekwencji wybuchowego złamania trzonu jednego z kręgów piersiowych i wbicia się odłamków kręgu w kanał rdzenia kręgowego.
Jestem kobietą z Podlasia. Urodziłam się i wychowałam w Sokółce. Po maturze rozpoczęłam studia z inżynierii produkcji i gospodarki przestrzennej na Politechnice Białostockiej. W Białymstoku mieszkałam i pracowałam jako technolog produkcji w firmie wytwarzającej oprzyrządowanie dla przemysłu ciężkiego i obróbki skrawaniem. Uwielbiałam chodzić i wspinać się po górach, żeglować, jeździć na nartach i łyżwach. Służyłam też w Wojskach Obrony Terytorialnej. Tamtego lutowego dnia 2020 r. to wszystko mi odebrano…
Mogę już nie chodzić. Nie od razu zrozumiałam to zagrożenie. Potrzebnych było wiele rozmów z rodzicami i psychologiem. Długo też docierało do mnie, że muszę odnaleźć się w nowym położeniu. Po sześciu miesiącach spędzonych na operacjach i rehabilitacji wyszłam ze szpitala. Zaleczona, ale nieprzygotowana do nowego życia. Miałam tylko wózek i nadzieję zawartą w jednym słowie: Konin.
Mieszkania treningowe Fundacji PODAJ DALEJ znaleźli rodzice. Leżąc jeszcze w szpitalnym łóżku „poszperałam” w internecie. Znalazłam chłopaka z Podlasia, który w mieszkaniach był. Napisałam do niego z prośbą o poradę. Odpowiedział krótko: Jedź! Pomogą! Faktycznie – nauczyli mnie tam wszystkiego, co człowiek poruszający się na wózku umieć powinien. I nie chodzi tylko o samodzielne wsiadanie na niego i zsiadanie, ale też umycie się, ubranie, organizację czasu. Siłownia, basen, bieżnia, sala gimnastyczna – podczas ćwiczeń dawałam z siebie wszystko. Po dziewięciu miesiącach od wypadku radziłam sobie sama w łazience, kuchni i „tańcowałam” z mopem po podłodze.
Niezależności uczyłam się na dwie raty. Opuściłam mieszkanie treningowe, aby przejść operację usunięcia stabilizacji (śrub z kręgosłupa), a potem ponowną rehabilitację i budowanie wytrzymałości. Zabieg był w marcu, ale na treningi wróciłam już w maju. Aby nauczyć się jeszcze m.in. jazdy wózkiem po schodach oraz składania go i wkładania do auta.
A potem „poszłam w sport”. To był taki czas, że próbowałam wielu dyscyplin, m.in. szermierki, jazdy na handbike’u, koszykówki, żeglarstwa. Jeździłam dosłownie z jednego obozu na drugi. Sport spodobał mi się bardzo. Chciałam sprawdzić swoje możliwości. Myślałam o tym, aby szkolić sportowo dzieci z niepełnosprawnością. Jednak najbardziej przypadło mi do gustu parakanadyjkarstwo. Zaczęłam trenować, dostałam się do kadry Polski, zdobywam medale mistrzostw Europy iśŚwiata. I jeszcze, tak po cichu, marzę o udziale w Paralimpiadzie.
Wróciłam na stałe do Białegostoku. I do bardziej intensywnej rehabilitacji. Kilka miesięcy ćwiczeń usprawniających i aktywacji mięśni głębokich przyniosło efekty. Wróciłam też do studiowania, ale już na innym kierunku. Tak mnie denerwowały bariery architektoniczne, że postanowiłam zostać specjalistką ds. dostępności i wszystkie te „przeszkody” zlikwidować. Kwalifikacje zdobywałam na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. A inspiracją do mojej pracy dyplomowej były schody do… Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Sokółce. Obiecali mi, że założą windę. Zebrałam dla nich materiały, przekazałam i… czekam na tę windę.
O projekcie ROZWIŃ SKRZYDŁA dowiedziałam się w mieszkaniach treningowych. Kiedy jeszcze byłam w pełni sprawna marzyło mi się, aby skoczyć ze spadochronem. Nie wyszło… Pomyślałam, że zamiast skakać, to spróbuję polatać. Szkolenie zaczęłam trzy lata temu w Michałkowie, a pierwszy raz samodzielnie wzbiłam się w powietrze w Bezmiechowej, w Bieszczadach. I po tych trzech latach zdobyłam paralotniowe świadectwo kwalifikacji, czyli taką naszą „licencję”.
Oczywiście, że pamiętam pierwszy lot. Tego się nie zapomina… Tej mieszanki różnych emocji: strachu, ekscytacji, wyjątkowej energii i poczucia, kiedy jesteś już w powietrzu, że choć wiesz co robić, bo się uczyłaś jak skrzydło działa, jak wiatr wieje i co to są kominy powietrzne, to doświadczasz tego pierwszy raz i musisz tę wiedzę dopasować do rzeczywistości. A na koniec, łzy radości, kiedy już szczęśliwie wylądujesz. To doznanie swobody każdy powinien przeżyć przynajmniej raz. Nawet polecieć w tandemie z instruktorem i choć na chwilę przejąć sterówki, aby pokierować swoją wolnością…


