Bohater tekstu siedzi na wózku inwalidzkim między kabiną a skrzydłem szybowca i patrzy w obiektyw. Za jego plecami widać otwarte wrota do lotniczego hangaru.

JĘDRZEJ JAXA – ROŻEN

SZYBOWNIK

mąż, kulturoznawca, tłumacz, modelarz, spadochroniarz, paralotniarz i szybownik, pierwszy, polski wyszkolony pilot z paraplegią

Spośród trzech braci, to ja odziedziczyłem po ojcu, pilocie, pasję do latania. Od małego wychowywałem się wśród samolotów. Było też składanie modeli, a potem harcerstwo i Harcerskie Zawody Lotnicze, które, podobnie jak konkursy modelarskie, też często wygrywałem. Jeszcze potem były skoki ze spadochronem. Przed wypadkiem wykonałem ich prawie tysiąc. A jeszcze potem – paralotnie. Takie sprawy jak matura czy egzaminy na studia (kulturoznawstwo na Uniwersytecie Wrocławskim) załatwiałem z… doskoku. A dokładniej: dolotu.

Nauka podobała mi się tak mocno, jak latanie. Jeszcze przez 10 lat po obronie dyplomu pracowałem na wydziale jako asystent. Żyłem więc w dwóch światach: w wakacje latałem i skakałem, a przez resztę roku wykładałem. Pamiętam taki obóz spadochronowy na poligonie wojskowym. Skoszarowali nas jak żołnierzy.

Kiedy było trzeba, wsiadałem na motocykl i jechałem na uczelnię, a przed 18:00 musiałem być z powrotem w jednostce. Kontrast między tymi dwoma światami był niesamowity.

Błąd popełniłem w 1998 r. Byłem wtedy nieoficjalnym członkiem narodowej kadry paralotniowej. Mieliśmy zgrupowanie we włoskich Dolomitach – niemal całe w strugach deszczu. Wróciłem więc z ogromnym niedosytem latania. W kraju prowadziłem szkolenia paralotniowe i czasem urządzałem dni otwarte jak wtedy, na Górze Szybowcowej w Jeżowie Sudeckim. Pogoda znowu się wtedy na mnie uwzięła. Długo czekaliśmy, aż porywisty wiatr złagodnieje. Gdy się nieco poprawiło, wziąłem skrzydło, podniosłem je nad głowę i nie myśląc o lataniu bawiłem się wiatrem. Po pół godzinie uznałem, że jednak mogę polecieć.

Poleciałem i wylądowałem. Podszedłem pod górę jeszcze raz ze skrzydłem nad głową. Zaraz po drugim starcie silny podmuch podwinął mi skrzydło. To nic niezwykłego. Można sobie z tym poradzić, o ile ma się zapas wysokości. A ja go nie miałem. Przywaliłem w ziemię. Nie mogłem z niej wstać. Nie mogłem też oddychać. Leżałem więc i czekałem na pogotowie.

Lekarze bali się powiedzieć mi, że nie będę chodził. Wobec żony byli bezlitośni. – Paraplegia i wózek – usłyszała. Wpadła w depresję. Ja nie miałem poczucia, że świat mi się zawalił. Popełniłem błąd, ale podjąłem intensywną rehabilitację, żeby być samodzielnym i nie obciążać sobą otoczenia. Ludzie z Grupy Aktywnej Rehabilitacji posadzili mnie na wózku i nauczyli jak na nim żyć. To była wielka pomoc, więc później zostałem szefem takiej samej grupy we Wrocławiu. Myślałem, że skoro nie zachowałem się rozsądnie i nie uszanowałem daru latania, byłoby niepoważnie do niego wracać. Jednak świat lotniczy o mnie nie zapomniał.

Technicznie powrót w powietrze nie będzie trudny. Wiedziałem to ja i moi koledzy. Chodziło tylko o zastąpienie nóg. Myślałem: „chłopaki pomogą przy starcie, w powietrzu sobie poradzę, a wyląduję na protektorze uprzęży”. Jednak ja się wstydziłem prosić o pomoc, a oni bali się ją proponować. I tak, przez 2 lata krążyliśmy wokół siebie. Aż w końcu…

W 2000 r. byłem sędzią głównym w Paralotniowych Mistrzostwach Polski. Paralotnie to sport fajny, ale dla tych, którzy na nich latają. Dla widza ciekawy jest tylko start. Wkrótce potem małe „kropki” znikają na horyzoncie i po kilku godzinach lądują nie wiadomo gdzie. Urządziliśmy więc dla sponsorów towarzyską konkurencję na celność lądowania, aby mieli co oglądać. Wystartowałem w niej. Mimo, że to był pierwszy lot po wypadku, dzięki doświadczeniu wygrałem ze zdrowymi. Dla wszystkich było jasne, że do latania zawodniczego muszę wrócić. W mistrzostwach wystartowałem znowu w 2008 r. Byłem w połowie stawki, ale i tak szczęśliwy. Odszedłem z uczelni, na doktorat machnąłem ręką i zająłem się tłumaczeniami lotniczymi, żeby dorobić do renty. Uznałem, że pełnię szczęścia już mam.

ROZWIŃ SKRZYDŁA

wspomnienie drugie

Po kilku latach stwierdziłem, że warto piękno latania udostępnić innym ludziom z niepełnosprawnością. Oczywiście komuś, kto już latał, łatwiej do latania wrócić. Kilku takich pilotów znałem. Wiedziałem jednak, że latanie nie jest trudne i można wyszkolić również takie osoby, które nigdy nie latały. Bardzo trudno było jednak znaleźć chętnych, którzy mogliby też za szkolenie zapłacić. Przez 10 lat miałem tylko jednego kursanta. Aż w końcu, podczas rehabilitacji poznałem Adama Czeladzkiego (szybownika, po niedawnym wypadku), który miał plan powrotu do latania. Namówił i mnie, abym przesiadł się do szybowca. Jako biznesmen miał rozmach i widział szeroki program szkolenia dla osób z niepełnosprawnością. Szczerze? Nie wierzyłem w ten projekt. Szybowiec to jest statek powietrzny, który podlega tym samym przepisom co Airbusy i dostosowanie go do pilotażu przez osoby z niepełnosprawnością, choć technicznie proste, jest trudne formalnie. Był też problem czy osoby te przejdą przez medyczne badania lotnicze. Zaproponowałem więc, aby do projektu dołączyć paralotnie. Szybowce dadzą nam wyższą jakość, a paralotnie, jako łatwiejsze, uszczęśliwią więcej chętnych.

Stworzyliśmy więc program szybowcowo-paralotniowy. Poszukując pieniędzy na jego realizację pomyśleliśmy o Państwowym Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Potrzebowaliśmy organizacji pozarządowej, która oficjalnie wystąpi o dofinansowanie realizacji takiego programu. Prof. Tomasz Tasiemski z poznańskiej AWF, skierował nas do konińskiej Fundacji PODAJ DALEJ. Fundacji projekt się spodobał, tylko że najpierw musieliśmy takiego szybowcowego pilota z niepełnosprawnością wyszkolić, aby pokazać, że to się w ogóle uda. „Królikiem doświadczalnym” byłem ja, w dodatku za własne pieniądze. To, że osoba z niepełnosprawnością może latać na paralotni – już udowodniłem. W 2014 r., jako pierwszy w Polsce pilot – uczeń z niepełnosprawnością zdałem egzaminy i otrzymałem licencję pilota szybowcowego.

„Zaliczyłem” w życiu kilka wyczynów. Na przykład loty w peruwiańskich Andach, gdzie latałem na 6 tysiącach metrów nad bezludnymi górami, czy w Kenii, gdzie pokonałem 180 km. Jednak teraz największą satysfakcję mam z tego, że udało się udostępnić niebo dla kolejnych osób z niepełnosprawnością. Dla osób sprawnych lot paralotnią lub szybowcem to wielkie przeżycie. Doznania, które towarzyszą wtedy osobom z niepełnosprawnością są dużo większe. Poruszając się na wózku, co chwilę czujesz jakieś ograniczenia. Nie dziwiłem się więc, widząc często u osób z niepełnosprawnością łzy szczęścia po pierwszym locie, podczas którego doznali poczucia całkowitej wolności. Dlatego dla osób z niepełnosprawnością latanie nie jest wyczynem czy rozrywką. To realne przywracanie im siły i sprawczości. Bo w tym pierwszym, samodzielnym locie czujesz, że to ty jesteś panem swojego losu. I żadne rozmowy z psychologiem nie dadzą ci takiej pewności, że „wszystko możesz”, jak te magiczne pierwsze pięć minut.

Bohater tekstu siedzi na wózku inwalidzkim między kabiną a skrzydłem szybowca i patrzy w obiektyw. Za jego plecami widać otwarte wrota do lotniczego hangaru.

JĘDRZEJ JAXA – ROŻEN

SZYBOWNIK

mąż, kulturoznawca, tłumacz, modelarz, spadochroniarz, paralotniarz i szybownik, pierwszy, polski wyszkolony pilot z paraplegią

Spośród trzech braci, to ja odziedziczyłem po ojcu, pilocie, pasję do latania. Od małego wychowywałem się wśród samolotów. Było też składanie modeli, a potem harcerstwo i Harcerskie Zawody Lotnicze, które, podobnie jak konkursy modelarskie, też często wygrywałem. Jeszcze potem były skoki ze spadochronem. Przed wypadkiem wykonałem ich prawie tysiąc. A jeszcze potem – paralotnie. Takie sprawy jak matura czy egzaminy na studia (kulturoznawstwo na Uniwersytecie Wrocławskim) załatwiałem z… doskoku. A dokładniej: dolotu.

Nauka podobała mi się tak mocno, jak latanie. Jeszcze przez 10 lat po obronie dyplomu pracowałem na wydziale jako asystent. Żyłem więc w dwóch światach: w wakacje latałem i skakałem, a przez resztę roku wykładałem. Pamiętam taki obóz spadochronowy na poligonie wojskowym. Skoszarowali nas jak żołnierzy.

Kiedy było trzeba, wsiadałem na motocykl i jechałem na uczelnię, a przed 18:00 musiałem być z powrotem w jednostce. Kontrast między tymi dwoma światami był niesamowity.

Błąd popełniłem w 1998 r. Byłem wtedy nieoficjalnym członkiem narodowej kadry paralotniowej. Mieliśmy zgrupowanie we włoskich Dolomitach – niemal całe w strugach deszczu. Wróciłem więc z ogromnym niedosytem latania. W kraju prowadziłem szkolenia paralotniowe i czasem urządzałem dni otwarte jak wtedy, na Górze Szybowcowej w Jeżowie Sudeckim. Pogoda znowu się wtedy na mnie uwzięła. Długo czekaliśmy, aż porywisty wiatr złagodnieje. Gdy się nieco poprawiło, wziąłem skrzydło, podniosłem je nad głowę i nie myśląc o lataniu bawiłem się wiatrem. Po pół godzinie uznałem, że jednak mogę polecieć.

Poleciałem i wylądowałem. Podszedłem pod górę jeszcze raz ze skrzydłem nad głową. Zaraz po drugim starcie silny podmuch podwinął mi skrzydło. To nic niezwykłego. Można sobie z tym poradzić, o ile ma się zapas wysokości. A ja go nie miałem. Przywaliłem w ziemię. Nie mogłem z niej wstać. Nie mogłem też oddychać. Leżałem więc i czekałem na pogotowie.

Lekarze bali się powiedzieć mi, że nie będę chodził. Wobec żony byli bezlitośni. – Paraplegia i wózek – usłyszała. Wpadła w depresję. Ja nie miałem poczucia, że świat mi się zawalił. Popełniłem błąd, ale podjąłem intensywną rehabilitację, żeby być samodzielnym i nie obciążać sobą otoczenia. Ludzie z Grupy Aktywnej Rehabilitacji posadzili mnie na wózku i nauczyli jak na nim żyć. To była wielka pomoc, więc później zostałem szefem takiej samej grupy we Wrocławiu. Myślałem, że skoro nie zachowałem się rozsądnie i nie uszanowałem daru latania, byłoby niepoważnie do niego wracać. Jednak świat lotniczy o mnie nie zapomniał.

Technicznie powrót w powietrze nie będzie trudny. Wiedziałem to ja i moi koledzy. Chodziło tylko o zastąpienie nóg. Myślałem: „chłopaki pomogą przy starcie, w powietrzu sobie poradzę, a wyląduję na protektorze uprzęży”. Jednak ja się wstydziłem prosić o pomoc, a oni bali się ją proponować. I tak, przez 2 lata krążyliśmy wokół siebie. Aż w końcu…

W 2000 r. byłem sędzią głównym w Paralotniowych Mistrzostwach Polski. Paralotnie to sport fajny, ale dla tych, którzy na nich latają. Dla widza ciekawy jest tylko start. Wkrótce potem małe „kropki” znikają na horyzoncie i po kilku godzinach lądują nie wiadomo gdzie. Urządziliśmy więc dla sponsorów towarzyską konkurencję na celność lądowania, aby mieli co oglądać. Wystartowałem w niej. Mimo, że to był pierwszy lot po wypadku, dzięki doświadczeniu wygrałem ze zdrowymi. Dla wszystkich było jasne, że do latania zawodniczego muszę wrócić. W mistrzostwach wystartowałem znowu w 2008 r. Byłem w połowie stawki, ale i tak szczęśliwy. Odszedłem z uczelni, na doktorat machnąłem ręką i zająłem się tłumaczeniami lotniczymi, żeby dorobić do renty. Uznałem, że pełnię szczęścia już mam.

ROZWIŃ SKRZYDŁA

wspomnienie drugie

Po kilku latach stwierdziłem, że warto piękno latania udostępnić innym ludziom z niepełnosprawnością. Oczywiście komuś, kto już latał, łatwiej do latania wrócić. Kilku takich pilotów znałem. Wiedziałem jednak, że latanie nie jest trudne i można wyszkolić również takie osoby, które nigdy nie latały. Bardzo trudno było jednak znaleźć chętnych, którzy mogliby też za szkolenie zapłacić. Przez 10 lat miałem tylko jednego kursanta. Aż w końcu, podczas rehabilitacji poznałem Adama Czeladzkiego (szybownika, po niedawnym wypadku), który miał plan powrotu do latania. Namówił i mnie, abym przesiadł się do szybowca. Jako biznesmen miał rozmach i widział szeroki program szkolenia dla osób z niepełnosprawnością. Szczerze? Nie wierzyłem w ten projekt. Szybowiec to jest statek powietrzny, który podlega tym samym przepisom co Airbusy i dostosowanie go do pilotażu przez osoby z niepełnosprawnością, choć technicznie proste, jest trudne formalnie. Był też problem czy osoby te przejdą przez medyczne badania lotnicze. Zaproponowałem więc, aby do projektu dołączyć paralotnie. Szybowce dadzą nam wyższą jakość, a paralotnie, jako łatwiejsze, uszczęśliwią więcej chętnych.

Stworzyliśmy więc program szybowcowo-paralotniowy. Poszukując pieniędzy na jego realizację pomyśleliśmy o Państwowym Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Potrzebowaliśmy organizacji pozarządowej, która oficjalnie wystąpi o dofinansowanie realizacji takiego programu. Prof. Tomasz Tasiemski z poznańskiej AWF, skierował nas do konińskiej Fundacji PODAJ DALEJ. Fundacji projekt się spodobał, tylko że najpierw musieliśmy takiego szybowcowego pilota z niepełnosprawnością wyszkolić, aby pokazać, że to się w ogóle uda. „Królikiem doświadczalnym” byłem ja, w dodatku za własne pieniądze. To, że osoba z niepełnosprawnością może latać na paralotni – już udowodniłem. W 2014 r., jako pierwszy w Polsce pilot – uczeń z niepełnosprawnością zdałem egzaminy i otrzymałem licencję pilota szybowcowego.

„Zaliczyłem” w życiu kilka wyczynów. Na przykład loty w peruwiańskich Andach, gdzie latałem na 6 tysiącach metrów nad bezludnymi górami, czy w Kenii, gdzie pokonałem 180 km. Jednak teraz największą satysfakcję mam z tego, że udało się udostępnić niebo dla kolejnych osób z niepełnosprawnością. Dla osób sprawnych lot paralotnią lub szybowcem to wielkie przeżycie. Doznania, które towarzyszą wtedy osobom z niepełnosprawnością są dużo większe. Poruszając się na wózku, co chwilę czujesz jakieś ograniczenia. Nie dziwiłem się więc, widząc często u osób z niepełnosprawnością łzy szczęścia po pierwszym locie, podczas którego doznali poczucia całkowitej wolności. Dlatego dla osób z niepełnosprawnością latanie nie jest wyczynem czy rozrywką. To realne przywracanie im siły i sprawczości. Bo w tym pierwszym, samodzielnym locie czujesz, że to ty jesteś panem swojego losu. I żadne rozmowy z psychologiem nie dadzą ci takiej pewności, że „wszystko możesz”, jak te magiczne pierwsze pięć minut.