Bohaterka tekstu stoi w otwartej furtce otoczonej krzewami, jedną ręką trzyma się furtki, a oczy ma skierowane w obiektyw.

EWELINA BŁASZCZAK

SZYBOWNICZKA

żona, mama, specjalistka ds. turystyki i rekreacji, pilotka wycieczek zagranicznych

Moja choroba ukrywa się. Widać ją, kiedy sobie złamię jakąś kość, zwichnę któryś staw, albo zerwę któreś z wiązadeł. I nie muszę szaleć, aby tak się stało. Wystarczy prosta, codzienna czynność. Składać i „łatać” już mnie nie chcą. Bo i tak „wszystko się rozlezie”. Albo inaczej – wieczorem kładę się spać w dobrej kondycji, a rankiem jestem tak obolała, że nie mogę wstać z łóżka. To się nazywa rzut. Tak objawia się kolagenoza, czyli rzadka choroba układowa tkanki łącznej. Jestem nią obciążona genetycznie. I wiem, że będzie rozwijać się. Można ją leczyć. Sterydami i „immunosupresją”, ale ja nie chcę „faszerować się” lekami. Wolę żyć krócej, ale godnie. Widziałam jak męczyła się moja babcia i siostra taty. Obie miały choroby z tej samej grupy. Robię więc, wszystko, aby nie dopuścić do rzutu. Ćwiczę, jeżdżę na rowerze, spaceruję, aby dostarczyć organizmowi stałych dawek energii. Korzystam też z krioterapii i bardzo na siebie uważam.

Ziemniaków dla całej rodziny nie obiorę. Obierak szybko wypada mi z dłoni. Tak dzieje się przy każdej czynności, która wymaga dłuższego napięcia mięśni. Dwa lata temu pękł mi prawy bark. I już się nie zrośnie. A zszyć, jak mówiłam, lekarze nie chcą. Zabiegi chirurgiczne? Tylko w ostateczności. Na przykład cesarskie cięcie, gdy rodziłam drugiego syna. I młodszy i starszy – obaj bardzo pomagają mi przy pracach domowych. Mieszkamy we czwórkę (bo jest i mąż) w małej wsi Maszki między Lublinem a Nałęczowem.

Pracę też mam ruchliwą. Skończyłam Wydział Turystyki i Rekreacji Zdrowotnej w Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Wcześniej byłam bardziej nastawiona na pracę z osobami z niepełnosprawnością. Współpracowałam z kilkoma ośrodkami w organizacji turnusów rehabilitacyjnych. Ale zrobiłam też dodatkowe uprawnienia pilota wycieczek. I w ten sposób teraz, mogę zimą jeździć tam, gdzie jest ciepło, bo wilgoć i wiatr mi nie służą.

Najpierw nauczyłam się żeglować. Koleżanka powiedziała mi o warsztatach żeglarskich dla osób z niepełnosprawnością. Trwała pandemia Covid-19, ja miałam orzeczenie – postanowiłam skorzystać. Do Giżycka pojechałam z urazem kolana. Pierwsze, co usłyszałam to to, że mam zdjąć stabilizator. I naprawdę, żadna rehabilitacja mi tak nie pomogła, jak to szkolenie. Zrobiłam patent żeglarski, wróciłam na kolejny sezon i… koniec. Pękła mi kość barkowa, a przy tym urazie sterowanie, przeciążenia i szarpanie szotami było już nie dla mnie. Ale to właśnie w Giżycku dowiedziałam się o projekcie ROZWIŃ SKRZYDŁA.

„Latanie? O nie! To nie moja bajka”. Tak pomyślałam w pierwszej chwili… Miałam osiem lat, gdy na moich oczach helikopter uderzył w słup wysokiego napięcia. Do tej pory pamiętam widok palących się ludzi. Od tamtego czasu po prostu boję się latać. W pracy, najlepsze wycieczki „przechodziły mi koło nosa”, bo podróżowałam tylko autokarem i pociągiem. Mąż musiał zrezygnować z pracy w Hiszpanii, bo nie mogłam do niego latać. Znajomi tłumaczyli mi, że szybowiec inaczej lata – ciszej, bez silnika i na niższych wysokościach; że może dzięki temu przewalczę swoje lęki. Namówili mnie. Do projektu dołączyłam we wrześniu 2022 r.

Pierwszy lot – poznawczy, w Stalowej Woli. Od tamtego czasu jestem wciąż w szkoleniu… podstawowym. Ale to cud, że w ogóle latam szybowcami. I dzięki nim latam też samolotami. Po dwóch latach takiego szkolenia, moja przyjaciółka zrobiła mi niespodziankę i wykupiła dla nas dwóch wycieczkę na Wyspy Kanaryjskie. Zaszantażowała mnie, że „albo lecę, albo koniec przyjaźni”. Poleciałam. Siedząc z dala od silników, bo ich huk nadal mnie paraliżuje, ale poleciałam. I latam teraz coraz częściej, choć za każdym razem muszę opanować lęk. Ale to pewne – gdyby nie ROZWIŃ SKRZYDŁA, nigdy nie wsiadłabym do samolotu.

Uwielbiam ciszę i spokój lotniska. Jego przestrzeń i ograniczoną liczbę ludzi, którzy współdziałają ze sobą jak dobrze naoliwiona maszyna. Kiedy skończę szkolenie podstawowe i czy zrobię licencję…? Tego nie wiem. W ubiegłym roku pękła mi kość śródstopia. Ot, jakiś pan uderzył swoim autem w tył mojego, butelka z wodą spadła mi na stopy. Od tamtej pory mam problem z czuciem i koordynacją ruchów. Ale skoro zakładałam, że patentu żeglarskiego nie zrobię, a zrobiłam, to i z licencją tak będzie… Bycie pilotką to jest coś! Pamiętam, na pewnej imprezie jakiś chłopak mnie zapytał czym się zajmuję. Powiedziałam, że jestem pilotką. – O kurczę, ale fajnie. A ja tylko laryngologiem – skomentował.

Bohaterka tekstu stoi w otwartej furtce otoczonej krzewami, jedną ręką trzyma się furtki, a oczy ma skierowane w obiektyw.

EWELINA BŁASZCZAK

SZYBOWNICZKA

żona, mama, specjalistka ds. turystyki i rekreacji, pilotka wycieczek zagranicznych

Moja choroba ukrywa się. Widać ją, kiedy sobie złamię jakąś kość, zwichnę któryś staw, albo zerwę któreś z wiązadeł. I nie muszę szaleć, aby tak się stało. Wystarczy prosta, codzienna czynność. Składać i „łatać” już mnie nie chcą. Bo i tak „wszystko się rozlezie”. Albo inaczej – wieczorem kładę się spać w dobrej kondycji, a rankiem jestem tak obolała, że nie mogę wstać z łóżka. To się nazywa rzut. Tak objawia się kolagenoza, czyli rzadka choroba układowa tkanki łącznej. Jestem nią obciążona genetycznie. I wiem, że będzie rozwijać się. Można ją leczyć. Sterydami i „immunosupresją”, ale ja nie chcę „faszerować się” lekami. Wolę żyć krócej, ale godnie. Widziałam jak męczyła się moja babcia i siostra taty. Obie miały choroby z tej samej grupy. Robię więc, wszystko, aby nie dopuścić do rzutu. Ćwiczę, jeżdżę na rowerze, spaceruję, aby dostarczyć organizmowi stałych dawek energii. Korzystam też z krioterapii i bardzo na siebie uważam.

Ziemniaków dla całej rodziny nie obiorę. Obierak szybko wypada mi z dłoni. Tak dzieje się przy każdej czynności, która wymaga dłuższego napięcia mięśni. Dwa lata temu pękł mi prawy bark. I już się nie zrośnie. A zszyć, jak mówiłam, lekarze nie chcą. Zabiegi chirurgiczne? Tylko w ostateczności. Na przykład cesarskie cięcie, gdy rodziłam drugiego syna. I młodszy i starszy – obaj bardzo pomagają mi przy pracach domowych. Mieszkamy we czwórkę (bo jest i mąż) w małej wsi Maszki między Lublinem a Nałęczowem.

Pracę też mam ruchliwą. Skończyłam Wydział Turystyki i Rekreacji Zdrowotnej w Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Wcześniej byłam bardziej nastawiona na pracę z osobami z niepełnosprawnością. Współpracowałam z kilkoma ośrodkami w organizacji turnusów rehabilitacyjnych. Ale zrobiłam też dodatkowe uprawnienia pilota wycieczek. I w ten sposób teraz, mogę zimą jeździć tam, gdzie jest ciepło, bo wilgoć i wiatr mi nie służą.

Najpierw nauczyłam się żeglować. Koleżanka powiedziała mi o warsztatach żeglarskich dla osób z niepełnosprawnością. Trwała pandemia Covid-19, ja miałam orzeczenie – postanowiłam skorzystać. Do Giżycka pojechałam z urazem kolana. Pierwsze, co usłyszałam to to, że mam zdjąć stabilizator. I naprawdę, żadna rehabilitacja mi tak nie pomogła, jak to szkolenie. Zrobiłam patent żeglarski, wróciłam na kolejny sezon i… koniec. Pękła mi kość barkowa, a przy tym urazie sterowanie, przeciążenia i szarpanie szotami było już nie dla mnie. Ale to właśnie w Giżycku dowiedziałam się o projekcie ROZWIŃ SKRZYDŁA.

„Latanie? O nie! To nie moja bajka”. Tak pomyślałam w pierwszej chwili… Miałam osiem lat, gdy na moich oczach helikopter uderzył w słup wysokiego napięcia. Do tej pory pamiętam widok palących się ludzi. Od tamtego czasu po prostu boję się latać. W pracy, najlepsze wycieczki „przechodziły mi koło nosa”, bo podróżowałam tylko autokarem i pociągiem. Mąż musiał zrezygnować z pracy w Hiszpanii, bo nie mogłam do niego latać. Znajomi tłumaczyli mi, że szybowiec inaczej lata – ciszej, bez silnika i na niższych wysokościach; że może dzięki temu przewalczę swoje lęki. Namówili mnie. Do projektu dołączyłam we wrześniu 2022 r.

Pierwszy lot – poznawczy, w Stalowej Woli. Od tamtego czasu jestem wciąż w szkoleniu… podstawowym. Ale to cud, że w ogóle latam szybowcami. I dzięki nim latam też samolotami. Po dwóch latach takiego szkolenia, moja przyjaciółka zrobiła mi niespodziankę i wykupiła dla nas dwóch wycieczkę na Wyspy Kanaryjskie. Zaszantażowała mnie, że „albo lecę, albo koniec przyjaźni”. Poleciałam. Siedząc z dala od silników, bo ich huk nadal mnie paraliżuje, ale poleciałam. I latam teraz coraz częściej, choć za każdym razem muszę opanować lęk. Ale to pewne – gdyby nie ROZWIŃ SKRZYDŁA, nigdy nie wsiadłabym do samolotu.

Uwielbiam ciszę i spokój lotniska. Jego przestrzeń i ograniczoną liczbę ludzi, którzy współdziałają ze sobą jak dobrze naoliwiona maszyna. Kiedy skończę szkolenie podstawowe i czy zrobię licencję…? Tego nie wiem. W ubiegłym roku pękła mi kość śródstopia. Ot, jakiś pan uderzył swoim autem w tył mojego, butelka z wodą spadła mi na stopy. Od tamtej pory mam problem z czuciem i koordynacją ruchów. Ale skoro zakładałam, że patentu żeglarskiego nie zrobię, a zrobiłam, to i z licencją tak będzie… Bycie pilotką to jest coś! Pamiętam, na pewnej imprezie jakiś chłopak mnie zapytał czym się zajmuję. Powiedziałam, że jestem pilotką. – O kurczę, ale fajnie. A ja tylko laryngologiem – skomentował.