
DOMINIK MOSLER
SZYBOWNIK
mąż, ojciec dwóch córek, jeden z najbardziej utytułowanych polskich koszykarzy na wózkach, kapitan reprezentacji Polski, były trener drużyny KSS Mustang Konin
Byłem nierozważny. Liczyłem na to, że zdążę przebiec przez ten przejazd kolejowy zanim nadjedzie pociąg. Nie udało mi się. Była zima, śnieg i lód. Poślizgnąłem się i upadłem. Straciłem przytomność i… nogę. Był rok 2005, a ja miałem wtedy 21 lat. Wina była moja. Często na spotkaniach z dziećmi opowiadam tę historię, aby zobaczyły skutki nierozsądnych decyzji. Mam orzeczenie o niepełnosprawności, poruszam się o kulach, bo proteza jest bardzo droga, czasem jeżdżę na wózku, ale nie czuję się niepełnosprawny. A ten wypadek „otworzył” w moim życiu zupełnie nowy rozdział.
Zanim wpadłem pod pociąg byłem piłkarzem. Na boisko wrócić nie mogłem. Kiedy wychodziłem ze szpitala podeszła do mnie kobieta. Wręczyła mi ulotkę Stowarzyszenia START, które zrzesza kluby niepełnosprawnych sportowców. Mieszkałem wtedy w Lędzinach, na Górnym Śląsku. Pojechałem z tatą do klubu w Katowicach. Mogłem wybierać między pływaniem a koszykówką na wózkach. Bliżej mi było do gier zespołowych, choć przyznaję, że za koszykówką nie przepadałem. Po pierwszym treningu wiedziałem jednak, że podjąłem najlepszą decyzję.
Moja kariera rozwijała się w zawrotnym tempie. Po roku dostałem się do młodzieżowej reprezentacji Polski w koszykówce na wózkach, po następnym grałem już w kadrze seniorskiej, od kilku lat jestem kapitanem reprezentacji Polski. Grałem też w ligach zawodowych: we Włoszech, Francji, Hiszpanii i Niemczech. A przez 3 sezony, od 2022 do 2025 r. byłem także grającym trenerem drużyny KSS Mustang Konin, z którą wywalczyliśmy m.in. wicemistrzostwo Polski i Super Puchar Polski. To był już czas (miałem 37 lat), gdy uznałem, że pora zakończyć profesjonalne granie. Szukałem czegoś nowego…
Na lotnisko zabrała mnie żona. Ola pracuje w Fundacji PODAJ DALEJ i to za nią „przywędrowałem” 8 lat temu ze Śląska do Konina, a potem do Koła, gdzie teraz mieszkamy. O ile Ola szybko uznała, że to lotnisko to… zły pomysł, to ja uważałem inaczej. Było tak: spotkałem wtedy Darka Łukawskiego, ten zapytał, czy chcę polecieć, mnie „wystrzeliła” adrenalina i poleciałem. I gdy tylko wystartowaliśmy to już wiedziałem, że to będzie moje nowe hobby. Ten „zapoznawczy” lot odbyłem w 2020 r. A w 2024 uzyskałem licencję pilota szybowcowego.
Wolność. To pierwsze odczucie, gdy jesteś w powietrzu. Mnie się jeszcze podobają: cisza i spokój, które cię otaczają z każdej strony. Nie słyszysz silników. Czujesz tylko pęd powietrza. Wiem, że to nie jest oryginalne porównanie, ale naprawdę – lecąc szybowcem czujesz się jak ptak. Jest tylko przestrzeń, szybowiec, ty i najważniejsze – twoje umiejętności.
Szybownictwo jest dla ludzi rozsądnych i zdrowych. Rozsądnych, bo pilotowania nie można się uczyć „po łebkach”. Trzeba mieć szczegółową wiedzę m.in. o budowie szybowca, nawigacji i meteorologii, a także podejmować szybkie, trafne decyzje, być pokornym wobec przyrody i nie wpadać w rutynę. Sytuacje awaryjne? Zdarzają się, np. zerwanie holu czy tzw. przeciągnięcie szybowca, czyli korkociąg. Tylko, że podczas szkoleń uczymy się jak sobie z nimi radzić. A dlaczego szybownictwo jest dla osób zdrowych? Bo podczas lotu np. problemy z sercem lub nadciśnieniem mogą się tylko spotęgować. Dlatego piloci szybowcowi przechodzą co roku badania lekarskie dopuszczające ich do lotów. Celowo nie używam słowa „sprawny”. Wierzcie mi: zobaczyć miny osób, które widzą jak z „puszki”, czyli kabiny wysiadają piloci bez nóg lub z porażeniem kończyn – to bezcenne doświadczenie.
2 700 m, tuż pod podstawę chmur. To moja najwyższa wysokość – przy maksymalnej dla szybowców: 3 000 m nad poziom morza. Powyżej już jest strefa kontrolowana i lot wymaga zezwolenia. Latałem na nizinach i w górach, m.in. w Krośnie, Stalowej Woli, Nowym Targu, bo szybownictwo górskie różni się od nizinnego, a ja chciałem nauczyć się czegoś nowego. Chcę kiedyś spróbować sił we francuskich Alpach, bo tam są specyficzne warunki. Ale taki wyjazd trudniej zorganizować. Zazdrościmy tej prostszej logistyki paralotniarzom. Oni „ładują” skrzydło na plecy i jadą gdzie chcą.
Pilot szybowcowy z licencją może polecieć w każdej chwili. O ile oczywiście są odpowiednie warunki atmosferyczne, a on ma… pieniądze. Nie ukrywajmy, szybownictwo to drogi sport. Kosztuje i dojazd na lotnisko, i wynajęcie szybowca i sam lot. Jeśli to tzw. lot za wyciągarką, czyli na holu, to jest tańszy. Projekt ROZWIŃ SKRZYDŁA, to przysłowiowy strzał w 10-tkę. Pozwala osobom z niepełnosprawnością doświadczyć sportu, który daje im pewność, że nawet z wieloma ograniczeniami, mogą być naprawdę wolni.

DOMINIK MOSLER
SZYBOWNIK
mąż, ojciec dwóch córek, jeden z najbardziej utytułowanych polskich koszykarzy na wózkach, kapitan reprezentacji Polski, były trener drużyny KSS Mustang Konin
Byłem nierozważny. Liczyłem na to, że zdążę przebiec przez ten przejazd kolejowy zanim nadjedzie pociąg. Nie udało mi się. Była zima, śnieg i lód. Poślizgnąłem się i upadłem. Straciłem przytomność i… nogę. Był rok 2005, a ja miałem wtedy 21 lat. Wina była moja. Często na spotkaniach z dziećmi opowiadam tę historię, aby zobaczyły skutki nierozsądnych decyzji. Mam orzeczenie o niepełnosprawności, poruszam się o kulach, bo proteza jest bardzo droga, czasem jeżdżę na wózku, ale nie czuję się niepełnosprawny. A ten wypadek „otworzył” w moim życiu zupełnie nowy rozdział.
Zanim wpadłem pod pociąg byłem piłkarzem. Na boisko wrócić nie mogłem. Kiedy wychodziłem ze szpitala podeszła do mnie kobieta. Wręczyła mi ulotkę Stowarzyszenia START, które zrzesza kluby niepełnosprawnych sportowców. Mieszkałem wtedy w Lędzinach, na Górnym Śląsku. Pojechałem z tatą do klubu w Katowicach. Mogłem wybierać między pływaniem a koszykówką na wózkach. Bliżej mi było do gier zespołowych, choć przyznaję, że za koszykówką nie przepadałem. Po pierwszym treningu wiedziałem jednak, że podjąłem najlepszą decyzję.
Moja kariera rozwijała się w zawrotnym tempie. Po roku dostałem się do młodzieżowej reprezentacji Polski w koszykówce na wózkach, po następnym grałem już w kadrze seniorskiej, od kilku lat jestem kapitanem reprezentacji Polski. Grałem też w ligach zawodowych: we Włoszech, Francji, Hiszpanii i Niemczech. A przez 3 sezony, od 2022 do 2025 r. byłem także grającym trenerem drużyny KSS Mustang Konin, z którą wywalczyliśmy m.in. wicemistrzostwo Polski i Super Puchar Polski. To był już czas (miałem 37 lat), gdy uznałem, że pora zakończyć profesjonalne granie. Szukałem czegoś nowego…
Na lotnisko zabrała mnie żona. Ola pracuje w Fundacji PODAJ DALEJ i to za nią „przywędrowałem” 8 lat temu ze Śląska do Konina, a potem do Koła, gdzie teraz mieszkamy. O ile Ola szybko uznała, że to lotnisko to… zły pomysł, to ja uważałem inaczej. Było tak: spotkałem wtedy Darka Łukawskiego, ten zapytał, czy chcę polecieć, mnie „wystrzeliła” adrenalina i poleciałem. I gdy tylko wystartowaliśmy to już wiedziałem, że to będzie moje nowe hobby. Ten „zapoznawczy” lot odbyłem w 2020 r. A w 2024 uzyskałem licencję pilota szybowcowego.
Wolność. To pierwsze odczucie, gdy jesteś w powietrzu. Mnie się jeszcze podobają: cisza i spokój, które cię otaczają z każdej strony. Nie słyszysz silników. Czujesz tylko pęd powietrza. Wiem, że to nie jest oryginalne porównanie, ale naprawdę – lecąc szybowcem czujesz się jak ptak. Jest tylko przestrzeń, szybowiec, ty i najważniejsze – twoje umiejętności.
Szybownictwo jest dla ludzi rozsądnych i zdrowych. Rozsądnych, bo pilotowania nie można się uczyć „po łebkach”. Trzeba mieć szczegółową wiedzę m.in. o budowie szybowca, nawigacji i meteorologii, a także podejmować szybkie, trafne decyzje, być pokornym wobec przyrody i nie wpadać w rutynę. Sytuacje awaryjne? Zdarzają się, np. zerwanie holu czy tzw. przeciągnięcie szybowca, czyli korkociąg. Tylko, że podczas szkoleń uczymy się jak sobie z nimi radzić. A dlaczego szybownictwo jest dla osób zdrowych? Bo podczas lotu np. problemy z sercem lub nadciśnieniem mogą się tylko spotęgować. Dlatego piloci szybowcowi przechodzą co roku badania lekarskie dopuszczające ich do lotów. Celowo nie używam słowa „sprawny”. Wierzcie mi: zobaczyć miny osób, które widzą jak z „puszki”, czyli kabiny wysiadają piloci bez nóg lub z porażeniem kończyn – to bezcenne doświadczenie.
2 700 m, tuż pod podstawę chmur. To moja najwyższa wysokość – przy maksymalnej dla szybowców: 3 000 m nad poziom morza. Powyżej już jest strefa kontrolowana i lot wymaga zezwolenia. Latałem na nizinach i w górach, m.in. w Krośnie, Stalowej Woli, Nowym Targu, bo szybownictwo górskie różni się od nizinnego, a ja chciałem nauczyć się czegoś nowego. Chcę kiedyś spróbować sił we francuskich Alpach, bo tam są specyficzne warunki. Ale taki wyjazd trudniej zorganizować. Zazdrościmy tej prostszej logistyki paralotniarzom. Oni „ładują” skrzydło na plecy i jadą gdzie chcą.
Pilot szybowcowy z licencją może polecieć w każdej chwili. O ile oczywiście są odpowiednie warunki atmosferyczne, a on ma… pieniądze. Nie ukrywajmy, szybownictwo to drogi sport. Kosztuje i dojazd na lotnisko, i wynajęcie szybowca i sam lot. Jeśli to tzw. lot za wyciągarką, czyli na holu, to jest tańszy. Projekt ROZWIŃ SKRZYDŁA, to przysłowiowy strzał w 10-tkę. Pozwala osobom z niepełnosprawnością doświadczyć sportu, który daje im pewność, że nawet z wieloma ograniczeniami, mogą być naprawdę wolni.


