
DOMINIK BANAŚ
ASYSTENT
mąż, ojciec, informatyk – programista, właściciel serwisu urządzeń elektronicznych, paralotniarz, asystent osób z niepełnosprawnością
Nad moją wioską przeleciał paralotniarz. Ja miałem wtedy 15 lat, a on był sporo starszy. Wiem to dobrze, bo był moim kolegą. Patrząc na czaszę paralotni rozmarzyłem się jak by to było zobaczyć tę moją wioskę (a może i gminę), z góry. A potem zrobiłem wszystko, aby tak się stało. Kurs paralotniowy zaliczyłem już jako 32-latek, w Michałkowie, u Pawła Trzęsowskiego. Najpierw zdałem egzamin, a na koniec przeleciałem nad wioską. Jeszcze nie wiedziałem, że nie nad takimi „wioskami” będę latał.
Rzucałem wszystko, ładowałem skrzydło i jechałem w świat. Słowenia, Francja, Włochy i dalej: Maroko, Kolumbia, a nawet Indie. Wracałem w te miejsca po kilka razy. To był najpiękniejszy czas, który spędziłem sam ze sobą. Liczyła się tylko paralotnia, przestrzeń i myśl o tym gdzie bezpiecznie wylądować. Bo ja jestem… strachliwy. Mam więc taki swój „bezpiecznik”: jeśli widzę w powietrzu 10 paralotni; jeśli widzę, że ich skrzydła są stabilne, nie huśtają się – to jest duże prawdopodobieństwo, że i mnie nic się nie stanie.
Mieszkam w Komorznie k. Kluczborka. Żona lata samolotami, ale na paralotni się nie odważyła. „Wypuściłem w powietrze” starszą córkę. Spodobało jej się. Może kiedyś będzie z niej paralotniarka…? W pierwszym swoim zawodzie nie pracuję. Łatwiej mi utrzymać siebie i rodzinę z naprawiania elektroniki. Poza tym, jeśli lata się na paralotni, to trzeba być w życiu elastycznym. Jest pogoda? To zostawiasz pracę i „w górę”! No i potrzebne są jeszcze pieniądze…
Paweł wiedział, że latać umiem. Wiedział też, nie umiem latać… swobodnie. Chciał mnie dalej szkolić, ale ja już nie miałem środków. Zaproponował, abym został wolontariuszem podczas treningu dla osób z niepełnosprawnością w Słowenii. Był rok 2022, pandemia jeszcze trwała. Paweł nęcił mnie bezpłatnymi przejazdami, noclegami i wiktem. Roztaczał możliwości samodzielnych lotów. Oczywiście w czasie, gdy nie będę pomagał pilotom z niepełnosprawnością. Ucieszyłem się. Nie miałem pojęcia jak wiele czeka mnie pracy.
„Jakie to ich życie jest skomplikowane”. Tak myślałem obserwując zszokowany jak bardzo poukładane muszą być czynności wykonywane przez osoby poruszające się na wózkach. I że na każdą z tych czynności, muszą poświęcić więcej czasu, niż my – „chodziaki” (tak określamy w naszej gwarze osoby chodzące na nogach). Bo nawet przejechanie zwykłego progu może być problemem… I już pierwsze dni w Słowenii szybko zweryfikowały tę wizję o moim lataniu. Najpierw trzeba było lekko zmodyfikować kabiny prysznicowe na kempingu, żeby nasi piloci na wózkach mogli do nich wjechać. Tu się przydała moja walizeczka z narzędziami i smykałka do techniki. A potem, gdy już „wypuściliśmy ich w powietrze” i sam też do nich dołączyłem, to po jakiś dwóch minutach okazało się, że jeden z nich zawisł na drzewie i musieliśmy go ściągać. No i to był koniec mojej frajdy.
Ja się nie żalę. Ja opowiadam o swoim zaskoczeniu, bo z osobami z niepełnosprawnością nie miałem wcześniej do czynienia. I jestem bardzo wdzięczny, że mogę pomagać im w lataniu. A robię to na różne sposoby: podepnę skrzydło, zapnę w wózku, popchnę wózek z górki do startu, nakręcę filmik z lotu, przyciągnę po wylądowaniu, pomogę złożyć linki. Chociaż, na początku mieliśmy pewne „spięcie”…
„Podaj mi to, podaj mi tamto” – prosili mnie co i rusz. Chodziłem więc i podawałem tak często, że pod koniec dnia ledwo żyłem. Najpierw myślałem, że tak ma być; że osoby z niepełnosprawnością potrzebują pomocy we wszystkim. Kiedy jednak zacząłem ich baczniej obserwować, to okazało się, że wiele czynności potrafią wykonać sami, tylko… testują moją wytrzymałość i charakter. Uniosłem się, powiedziałem, że czuję się wykorzystywany i odtąd pomagałem tylko wtedy, gdy to było konieczne. Zyskałem szacunek, byłem już „swój”.
Latanie paralotnią lub szybowcem to rehabilitacja. Tak mi tłumaczył Paweł Pachulski, reżyser, który kręcił film z wyjazdu naszego teamu paralotniowego do Macedonii. A ja myślę tak: jeśli taki człowiek jak ja, czyli sprawny, chodzący, zobaczy na własne oczy z czym muszą na co dzień mierzyć się osoby z niepełnosprawnością (choćby na takim polu namiotowym), to zaczyna i więcej doceniać to co ma i się zastanawiać, czy ta rehabilitacja to nie jest bardziej dla niego, niż dla osób z niepełnosprawnością.
Oni latają, lepiej niż „chodziaki”. Anita to tak „kręci kominy”, że tylko pozazdrościć. I ja zazdroszczę. Ale też podziwiam determinację osób z niepełnosprawnością. Czekają pół roku i więcej, zostawiają swoje uporządkowane życie, załatwiają transport (często skomplikowany logistycznie), żeby tylko przeżyć tydzień „na paralotniach”. I nie „kominów”, ale tej siły do życia zazdroszczę im najbardziej.

DOMINIK BANAŚ
ASYSTENT
mąż, ojciec, informatyk – programista, właściciel serwisu urządzeń elektronicznych, paralotniarz, asystent osób z niepełnosprawnością
Nad moją wioską przeleciał paralotniarz. Ja miałem wtedy 15 lat, a on był sporo starszy. Wiem to dobrze, bo był moim kolegą. Patrząc na czaszę paralotni rozmarzyłem się jak by to było zobaczyć tę moją wioskę (a może i gminę), z góry. A potem zrobiłem wszystko, aby tak się stało. Kurs paralotniowy zaliczyłem już jako 32-latek, w Michałkowie, u Pawła Trzęsowskiego. Najpierw zdałem egzamin, a na koniec przeleciałem nad wioską. Jeszcze nie wiedziałem, że nie nad takimi „wioskami” będę latał.
Rzucałem wszystko, ładowałem skrzydło i jechałem w świat. Słowenia, Francja, Włochy i dalej: Maroko, Kolumbia, a nawet Indie. Wracałem w te miejsca po kilka razy. To był najpiękniejszy czas, który spędziłem sam ze sobą. Liczyła się tylko paralotnia, przestrzeń i myśl o tym gdzie bezpiecznie wylądować. Bo ja jestem… strachliwy. Mam więc taki swój „bezpiecznik”: jeśli widzę w powietrzu 10 paralotni; jeśli widzę, że ich skrzydła są stabilne, nie huśtają się – to jest duże prawdopodobieństwo, że i mnie nic się nie stanie.
Mieszkam w Komorznie k. Kluczborka. Żona lata samolotami, ale na paralotni się nie odważyła. „Wypuściłem w powietrze” starszą córkę. Spodobało jej się. Może kiedyś będzie z niej paralotniarka…? W pierwszym swoim zawodzie nie pracuję. Łatwiej mi utrzymać siebie i rodzinę z naprawiania elektroniki. Poza tym, jeśli lata się na paralotni, to trzeba być w życiu elastycznym. Jest pogoda? To zostawiasz pracę i „w górę”! No i potrzebne są jeszcze pieniądze…
Paweł wiedział, że latać umiem. Wiedział też, nie umiem latać… swobodnie. Chciał mnie dalej szkolić, ale ja już nie miałem środków. Zaproponował, abym został wolontariuszem podczas treningu dla osób z niepełnosprawnością w Słowenii. Był rok 2022, pandemia jeszcze trwała. Paweł nęcił mnie bezpłatnymi przejazdami, noclegami i wiktem. Roztaczał możliwości samodzielnych lotów. Oczywiście w czasie, gdy nie będę pomagał pilotom z niepełnosprawnością. Ucieszyłem się. Nie miałem pojęcia jak wiele czeka mnie pracy.
„Jakie to ich życie jest skomplikowane”. Tak myślałem obserwując zszokowany jak bardzo poukładane muszą być czynności wykonywane przez osoby poruszające się na wózkach. I że na każdą z tych czynności, muszą poświęcić więcej czasu, niż my – „chodziaki” (tak określamy w naszej gwarze osoby chodzące na nogach). Bo nawet przejechanie zwykłego progu może być problemem… I już pierwsze dni w Słowenii szybko zweryfikowały tę wizję o moim lataniu. Najpierw trzeba było lekko zmodyfikować kabiny prysznicowe na kempingu, żeby nasi piloci na wózkach mogli do nich wjechać. Tu się przydała moja walizeczka z narzędziami i smykałka do techniki. A potem, gdy już „wypuściliśmy ich w powietrze” i sam też do nich dołączyłem, to po jakiś dwóch minutach okazało się, że jeden z nich zawisł na drzewie i musieliśmy go ściągać. No i to był koniec mojej frajdy.
Ja się nie żalę. Ja opowiadam o swoim zaskoczeniu, bo z osobami z niepełnosprawnością nie miałem wcześniej do czynienia. I jestem bardzo wdzięczny, że mogę pomagać im w lataniu. A robię to na różne sposoby: podepnę skrzydło, zapnę w wózku, popchnę wózek z górki do startu, nakręcę filmik z lotu, przyciągnę po wylądowaniu, pomogę złożyć linki. Chociaż, na początku mieliśmy pewne „spięcie”…
„Podaj mi to, podaj mi tamto” – prosili mnie co i rusz. Chodziłem więc i podawałem tak często, że pod koniec dnia ledwo żyłem. Najpierw myślałem, że tak ma być; że osoby z niepełnosprawnością potrzebują pomocy we wszystkim. Kiedy jednak zacząłem ich baczniej obserwować, to okazało się, że wiele czynności potrafią wykonać sami, tylko… testują moją wytrzymałość i charakter. Uniosłem się, powiedziałem, że czuję się wykorzystywany i odtąd pomagałem tylko wtedy, gdy to było konieczne. Zyskałem szacunek, byłem już „swój”.
Latanie paralotnią lub szybowcem to rehabilitacja. Tak mi tłumaczył Paweł Pachulski, reżyser, który kręcił film z wyjazdu naszego teamu paralotniowego do Macedonii. A ja myślę tak: jeśli taki człowiek jak ja, czyli sprawny, chodzący, zobaczy na własne oczy z czym muszą na co dzień mierzyć się osoby z niepełnosprawnością (choćby na takim polu namiotowym), to zaczyna i więcej doceniać to co ma i się zastanawiać, czy ta rehabilitacja to nie jest bardziej dla niego, niż dla osób z niepełnosprawnością.
Oni latają, lepiej niż „chodziaki”. Anita to tak „kręci kominy”, że tylko pozazdrościć. I ja zazdroszczę. Ale też podziwiam determinację osób z niepełnosprawnością. Czekają pół roku i więcej, zostawiają swoje uporządkowane życie, załatwiają transport (często skomplikowany logistycznie), żeby tylko przeżyć tydzień „na paralotniach”. I nie „kominów”, ale tej siły do życia zazdroszczę im najbardziej.


