
ANITA SIKORA
PARALOTNIARKA
mama, babcia, Kaliszanka
„To jakaś wariatka”. Tak pomyślałam, gdy Iwona powiedziała mi, że lata na paralotniach. Leżałyśmy wtedy obie, łóżko w łóżko, w szpitalu. Obie z podobnym bagażem życiowych doświadczeń. I obie w trakcie terapii onkologicznej. Tylko, że Iwona była po operacji, a ja przed. Rozmawiałyśmy ze sobą przez 3 dni, a wydawało nam się, że znamy się od zawsze. „Gdzieś ty byłaś, kobieto, przez 50 lat mojego życia?” – pytałam ze śmiechem Iwonę. To ona pokazała mi, że nawet w takim piekle jak rak, można… latać.
O paralotniach nie wiedziałam nic. Co jest dziwne, bo mieszkam ok. 10 km od lotniska Ostrów Wielkopolski-Michałków. Przejeżdżając widziałam hangary, samoloty i paralotnie w powietrzu. Do głowy mi nie przyszło, że sama będę latać. A teraz cieszę się, że ten „Michałków” mam tak blisko. Bo każdej wolnej chwili mogę tam podjechać. Jeśli nie polatać, to chociaż posiedzieć i popatrzeć… Ale zanim zaczęłam latać…
Po operacji Iwona zabrała mnie na obóz rehabilitacyjny. Taki dla osób z niepełnosprawnością. Po chorobach, po wypadkach. O kulach, na wózkach. Oczy mi się wtedy otworzyły. Dotąd myślałam, że oni „wegetują”, a oni żyli – tak w pełni, tak prawdziwie. Wtedy zapytałam siebie: „A gdzie Ty byłaś, kobieto, w tym swoim życiu? Pracowałaś, kiedy była praca. Głównie fizycznie. Córki masz dwie, bardzo ci się udały. Małżeństwo już nie. On wmawiał ci, że jesteś nikim, aż mu uwierzyłaś… Pamiętasz, jak stałaś przed lustrem z pudełkiem leków w dłoni i walczyłaś z pragnieniem, aby je połknąć…? Pamiętasz swoje zwycięstwo, gdy patrzyłaś, jak tabletki spływają wraz z wodą w toalecie…? Jeszcze na ciebie nie pora. Masz przed sobą kawał życia” – przekonałam samą siebie.
Na pierwszym obozie „pozbyłam się” lęku przed wodą. Topiłam się dwa razy w życiu i uraz mi pozostał. Na drugim obozie nauczyłam się jeździć na nartach. Kiedyś już próbowałam, ale na takich „plastikach” dla dzieci. A na tym obozie weszłam na stok, przypięłam normalne, „dorosłe narty”, nauczyłam się jak jechać, jak upadać i zjechałam. Na dole czekały na mnie… oklaski przyjaciół. Taki był dla mnie rok 2020. A rok później…
Pierwszy raz pojechałam „na latanie” z Iwoną. O projekcie ROZWIŃ SKRZYDŁA opowiadała mi sporo. Ale słowem nie pisnęła, że wśród uczestników tylko ona jest „chodząca”, a pozostali poruszają się na wózkach. Drugą osobą, przez którą zaczęłam latać był Michał. Gdy go zobaczyłam, byłam pewna, że on też tylko chce popatrzeć. A on wsiadł na wózek przy paralotni, poleciał sam i sam wylądował. „Jeśli on to zrobił z tym swoim porażeniem mózgowym, to mnie się też uda” – pomyślałam. W czerwcu 2022 roku już byłam w projekcie.
Z moim rakiem jest tak… Cofnijmy się trochę w czasie, do 2019 roku. Najpierw wyczułam w piersi coś jakby kostkę do gry, ale płaską. Poszłam do jednego lekarza, drugiego i następnych. Wszyscy mówili, że to nic, żebym się nie martwiła. A ja się martwiłam, bo to „coś” rosło, zmieniało kształt. Już nie było kostki, ale spory kamyk. Mammografia nic nie wykazała. A ja już na tej piersi nie mogła leżeć, tak mnie bolała. Dopiero po 1,5 roku, kolejna lekarka, gdy tylko wyczuła to „coś” palcami, natychmiast wysłała mnie do onkologa. Diagnoza „ścięła mnie z nóg”: rak piersi i to już z przerzutami na węzły chłonne. Chemia, operacja, radioterapia. Udało się. Na krótko… Teraz mam guza w barku i zmiany w kręgosłupie. Nie wiem co z tym rakiem dalej będzie… Ale też wiem, że będą inne rzeczy. Na przykład malowanie. Kiedyś chciałam się kształcić w tym kierunku. Ale najpierw mamy nie było na to stać, a potem ja za mąż wyszłam. Będzie też nurkowanie. Raz już próbowałam i to nie będzie ostatni raz. I oczywiście – będzie latanie.
„A po ci to?” – drwił mój mąż. Na szczęście już się rozstaliśmy. Córki, cudowne dziewczyny, były ze mną w najtrudniejszych chwilach. One są bardzo za tym moim lataniem. Pamiętam swój pierwszy lot… Odrywając się od ziemi poczułam, że tak naprawdę to odrywam się od rzeczywistości. Na ziemi, zawsze czają mi się w głowie jakieś złe myśli. Uciekają, gdy tylko wzbiję się w powietrze. A gdy wyląduję na ziemi, to czuję w sobie siłę tak wielką, że zdolną zmienić wszystko… Z ziemi latanie na paralotniach wygląda jak sport. A to jest po prostu wolność…

ANITA SIKORA
PARALOTNIARKA
mama, babcia, Kaliszanka
„To jakaś wariatka”. Tak pomyślałam, gdy Iwona powiedziała mi, że lata na paralotniach. Leżałyśmy wtedy obie, łóżko w łóżko, w szpitalu. Obie z podobnym bagażem życiowych doświadczeń. I obie w trakcie terapii onkologicznej. Tylko, że Iwona była po operacji, a ja przed. Rozmawiałyśmy ze sobą przez 3 dni, a wydawało nam się, że znamy się od zawsze. „Gdzieś ty byłaś, kobieto, przez 50 lat mojego życia?” – pytałam ze śmiechem Iwonę. To ona pokazała mi, że nawet w takim piekle jak rak, można… latać.
O paralotniach nie wiedziałam nic. Co jest dziwne, bo mieszkam ok. 10 km od lotniska Ostrów Wielkopolski-Michałków. Przejeżdżając widziałam hangary, samoloty i paralotnie w powietrzu. Do głowy mi nie przyszło, że sama będę latać. A teraz cieszę się, że ten „Michałków” mam tak blisko. Bo każdej wolnej chwili mogę tam podjechać. Jeśli nie polatać, to chociaż posiedzieć i popatrzeć… Ale zanim zaczęłam latać…
Po operacji Iwona zabrała mnie na obóz rehabilitacyjny. Taki dla osób z niepełnosprawnością. Po chorobach, po wypadkach. O kulach, na wózkach. Oczy mi się wtedy otworzyły. Dotąd myślałam, że oni „wegetują”, a oni żyli – tak w pełni, tak prawdziwie. Wtedy zapytałam siebie: „A gdzie Ty byłaś, kobieto, w tym swoim życiu? Pracowałaś, kiedy była praca. Głównie fizycznie. Córki masz dwie, bardzo ci się udały. Małżeństwo już nie. On wmawiał ci, że jesteś nikim, aż mu uwierzyłaś… Pamiętasz, jak stałaś przed lustrem z pudełkiem leków w dłoni i walczyłaś z pragnieniem, aby je połknąć…? Pamiętasz swoje zwycięstwo, gdy patrzyłaś, jak tabletki spływają wraz z wodą w toalecie…? Jeszcze na ciebie nie pora. Masz przed sobą kawał życia” – przekonałam samą siebie.
Na pierwszym obozie „pozbyłam się” lęku przed wodą. Topiłam się dwa razy w życiu i uraz mi pozostał. Na drugim obozie nauczyłam się jeździć na nartach. Kiedyś już próbowałam, ale na takich „plastikach” dla dzieci. A na tym obozie weszłam na stok, przypięłam normalne, „dorosłe narty”, nauczyłam się jak jechać, jak upadać i zjechałam. Na dole czekały na mnie… oklaski przyjaciół. Taki był dla mnie rok 2020. A rok później…
Pierwszy raz pojechałam „na latanie” z Iwoną. O projekcie ROZWIŃ SKRZYDŁA opowiadała mi sporo. Ale słowem nie pisnęła, że wśród uczestników tylko ona jest „chodząca”, a pozostali poruszają się na wózkach. Drugą osobą, przez którą zaczęłam latać był Michał. Gdy go zobaczyłam, byłam pewna, że on też tylko chce popatrzeć. A on wsiadł na wózek przy paralotni, poleciał sam i sam wylądował. „Jeśli on to zrobił z tym swoim porażeniem mózgowym, to mnie się też uda” – pomyślałam. W czerwcu 2022 roku już byłam w projekcie.
Z moim rakiem jest tak… Cofnijmy się trochę w czasie, do 2019 roku. Najpierw wyczułam w piersi coś jakby kostkę do gry, ale płaską. Poszłam do jednego lekarza, drugiego i następnych. Wszyscy mówili, że to nic, żebym się nie martwiła. A ja się martwiłam, bo to „coś” rosło, zmieniało kształt. Już nie było kostki, ale spory kamyk. Mammografia nic nie wykazała. A ja już na tej piersi nie mogła leżeć, tak mnie bolała. Dopiero po 1,5 roku, kolejna lekarka, gdy tylko wyczuła to „coś” palcami, natychmiast wysłała mnie do onkologa. Diagnoza „ścięła mnie z nóg”: rak piersi i to już z przerzutami na węzły chłonne. Chemia, operacja, radioterapia. Udało się. Na krótko… Teraz mam guza w barku i zmiany w kręgosłupie. Nie wiem co z tym rakiem dalej będzie… Ale też wiem, że będą inne rzeczy. Na przykład malowanie. Kiedyś chciałam się kształcić w tym kierunku. Ale najpierw mamy nie było na to stać, a potem ja za mąż wyszłam. Będzie też nurkowanie. Raz już próbowałam i to nie będzie ostatni raz. I oczywiście – będzie latanie.
„A po ci to?” – drwił mój mąż. Na szczęście już się rozstaliśmy. Córki, cudowne dziewczyny, były ze mną w najtrudniejszych chwilach. One są bardzo za tym moim lataniem. Pamiętam swój pierwszy lot… Odrywając się od ziemi poczułam, że tak naprawdę to odrywam się od rzeczywistości. Na ziemi, zawsze czają mi się w głowie jakieś złe myśli. Uciekają, gdy tylko wzbiję się w powietrze. A gdy wyląduję na ziemi, to czuję w sobie siłę tak wielką, że zdolną zmienić wszystko… Z ziemi latanie na paralotniach wygląda jak sport. A to jest po prostu wolność…


