
ADAM CZELADZKI
SZYBOWNIK
mąż, ojciec, inżynier leśnictwa, biznesmen, mistrz Polski w kartingu (1984, 1985), pierwszy w Polsce wykwalifikowany instruktor szybowcowy z niepełnosprawnością, wicemistrz Polski i dwukrotny wicemistrz Europy w szybownictwie, uczestnik mistrzostw świata
– Jola, kupimy sobie motolotnię? Zapytałem żonę patrząc na trabanta, który jadąc przed nami ciągnął na holu właśnie taki sprzęt. I to właśnie od tamtego pytania zaczęło się moje latanie. Byłem już wtedy po sukcesach w kartingu, które odnosiłem jako uczeń technikum i student Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Z mechanizacją leśnictwa, której się uczyłem nie miałem nigdy potem do czynienia. Założyłem firmę o zupełnie innym profilu. Brakowało mi jednak tych naturalnych „zastrzyków” adrenaliny, które przeżywałem w kartingu. Żona o tym wiedziała. – Dobrze. Kupmy tę motolotnię – odpowiedziała.
– Przesiądź się na szybowce. Zaproponował mi kilka lat później kolega z Aeroklubu Warszawskiego. Wiedział, że latam na motolotniach profesjonalnie, ale słyszał też, że podczas jednego z lotów rozbiłem się i zastanawiam się, co robić dalej. Poleciałem szybowcem raz i kolejne. Spodobało mi się. Wkrótce jednak odkryłem, że samo latanie dla podziwiania widoków mi nie wystarcza. Odezwała się moja rywalizacyjna natura.
Był rok 1997, gdy wystartowałem pierwszy raz w mistrzostwach Polski w Ostrowie Wielkopolskim. Potem były kolejne: znowu w Ostrowie, ale też w Lublinie i Zielonej Górze. „Dochrapałem się” lepszego szybowca, a plan, aby dostać się do narodowej kadry szybowniczej był realny. Nadszedł jednak 2009 r. i feralne dla mnie mistrzostwa Polski w Grudziądzu.
Najpierw mój szybowiec zaczął niestabilnie falować. Przy kolejnej fali, jeszcze przy dużej prędkości uderzył dziobem w ziemię. To wtedy uszkodziłem kręgosłup i straciłem czucie w nogach, od kolan w dół. Szczęście w nieszczęściu było takie, że stało się to w mieście z najlepszym (wtedy) w Polsce oddziałem neurochirurgii. Szybko trafiłem na stół operacyjny. A dokładniej – byłem na nim pięć razy. Ale już w pierwszym roku od wypadku zacząłem poruszać się o kulach i w ortezach. I gdy tylko mogłem to „uciekałem” ze szpitala na kursy i testy, aby jak najszybciej odzyskać licencję pilota. W mistrzostwach Polski, również w Grudziądzu, wystartowałem… równo w rok od wypadku. Zająłem w nich czwarte miejsce.
Problem miałem jeden. Musiałem mieć szybowiec z oprzyrządowaniem dla osób z niepełnosprawnością. A w Polsce, przede mną, samodzielnie szybowcem jeszcze nigdy nie latała osoba z niepełnosprawnością. Szukałem więc na świecie fabryki, która wykona szybowiec specjalnie dla mnie. Na moją prośbę odpowiedziała fabryka z Republiki Południowej Afryki. W 2011 r., już w nowym szybowcu, w miejscowości Gariep Dam w RPA przeleciałem po pasie trójkąta samodzielnie 1028 km za co otrzymałem specjalne wyróżnienie Międzynarodowej Federacji Lotniczej FAI. Dwa lata później zostałem członkiem kadry narodowej. A w 2015 r., czyli 6 lat po wypadku, zdobyłem tytuły wicemistrza Europy i wicemistrza Polski.
ROZWIŃ SKRZYDŁA
wspomnienie pierwsze
Nazwisko: Jędrzej Jaxa-Rożen znałem z artykułów w „Przeglądzie Lotniczym”. Później dowiedziałem się, że też jest osobą z niepełnosprawnością. Osobiście poznaliśmy się przypadkiem podczas rehabilitacji we Wrocławiu. Nęciłem Jędrzeja, tak jak mnie kiedyś nęcili, żeby dał sobie spokój z motolotnią i zaczął latać na szybowcach. Obiecałem, że go tego nauczę. Pojawił się jednak kolejny kłopot, bo mój szybowiec był jednoosobowy. Aby zakupić dwuosobowy Duo Discus, zawiązaliśmy spółkę z dwoma innymi kolegami. Wsparcia finansowego udzieliła nam też Fundacja Avalon. Mieliśmy zatem już dwuosobową maszynę ze specjalnym oprzyrządowaniem i Jędrka, który chciał na niej latać. Zrobiłem kurs instruktorski i w Aeroklubie Ziemi Lubuskiej zaczęliśmy szkolić Jędrzeja na szybownika. I wtedy pojawił się Karol Włodarczyk z Fundacji PODAJ DALEJ z pomysłem, aby połączyć nasze działania. Tak właśnie powstał projekt ROZWIŃ SKRZYDŁA, do którego włączyłem się jako instruktor.
Z projektu odszedłem po kilku latach. Raz, że chciałem rozwijać swoją karierę zawodniczą; dwa – zrozumiałem, że szkolenie „od zera” nie leży w mojej naturze; a trzy – zajmowanie tylnego siedzenia w kokpicie nie było dobre dla mojego zdrowia. Bolały mnie nogi, bo jest tam za mało miejsca, abym je wygodnie ułożył. Co więcej, niedoświadczeni szybownicy lądują na podłożu twardo, co odczuwał boleśnie mój uszkodzony kręgosłup. Wciąż jednak wspieram projekt „duchowo”. Moim zdaniem, doskonale pokazuje on tym osobom z niepełnosprawnością, które nie widzą dla siebie przyszłości, że zmotywowany i zdeterminowany człowiek osiągnie wszystko bez względu na to jak się porusza. A przecież każdy z nas musi mieć jakąś „gwiazdkę”, o której śni. Mnie się śnią zawody. Każdej nocy w nich „startuję”. Oczywiście – na jawie również.
Wróciłem też do kartingu. Wskrzesił mnie, 59-latka, znowu do boju. Odkryłem go na nowo jako doskonałą formę i treningu mentalnego i rehabilitacji fizycznej. Zawodowo zaś zajmuję się renowacją pięknego obiektu – starej, ponad 100-letniej poczty w Bytomiu. Chcę ocalić ją od zniszczenia, aby służyła kolejnym pokoleniom jako obiekt użyteczności publicznej. To mój ukłon w stronę historii. W zwracając się ku nowoczesności – pomagam pewnemu geniuszowi inżynierii w stworzeniu nowatorskiego silnika. Ma się rozumieć – lotniczego.

ADAM CZELADZKI
SZYBOWNIK
mąż, ojciec, inżynier leśnictwa, biznesmen, mistrz Polski w kartingu (1984, 1985), pierwszy w Polsce wykwalifikowany instruktor szybowcowy z niepełnosprawnością, wicemistrz Polski i dwukrotny wicemistrz Europy w szybownictwie, uczestnik mistrzostw świata
– Jola, kupimy sobie motolotnię? Zapytałem żonę patrząc na trabanta, który jadąc przed nami ciągnął na holu właśnie taki sprzęt. I to właśnie od tamtego pytania zaczęło się moje latanie. Byłem już wtedy po sukcesach w kartingu, które odnosiłem jako uczeń technikum i student Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Z mechanizacją leśnictwa, której się uczyłem nie miałem nigdy potem do czynienia. Założyłem firmę o zupełnie innym profilu. Brakowało mi jednak tych naturalnych „zastrzyków” adrenaliny, które przeżywałem w kartingu. Żona o tym wiedziała. – Dobrze. Kupmy tę motolotnię – odpowiedziała.
– Przesiądź się na szybowce. Zaproponował mi kilka lat później kolega z Aeroklubu Warszawskiego. Wiedział, że latam na motolotniach profesjonalnie, ale słyszał też, że podczas jednego z lotów rozbiłem się i zastanawiam się, co robić dalej. Poleciałem szybowcem raz i kolejne. Spodobało mi się. Wkrótce jednak odkryłem, że samo latanie dla podziwiania widoków mi nie wystarcza. Odezwała się moja rywalizacyjna natura.
Był rok 1997, gdy wystartowałem pierwszy raz w mistrzostwach Polski w Ostrowie Wielkopolskim. Potem były kolejne: znowu w Ostrowie, ale też w Lublinie i Zielonej Górze. „Dochrapałem się” lepszego szybowca, a plan, aby dostać się do narodowej kadry szybowniczej był realny. Nadszedł jednak 2009 r. i feralne dla mnie mistrzostwa Polski w Grudziądzu.
Najpierw mój szybowiec zaczął niestabilnie falować. Przy kolejnej fali, jeszcze przy dużej prędkości uderzył dziobem w ziemię. To wtedy uszkodziłem kręgosłup i straciłem czucie w nogach, od kolan w dół. Szczęście w nieszczęściu było takie, że stało się to w mieście z najlepszym (wtedy) w Polsce oddziałem neurochirurgii. Szybko trafiłem na stół operacyjny. A dokładniej – byłem na nim pięć razy. Ale już w pierwszym roku od wypadku zacząłem poruszać się o kulach i w ortezach. I gdy tylko mogłem to „uciekałem” ze szpitala na kursy i testy, aby jak najszybciej odzyskać licencję pilota. W mistrzostwach Polski, również w Grudziądzu, wystartowałem… równo w rok od wypadku. Zająłem w nich czwarte miejsce.
Problem miałem jeden. Musiałem mieć szybowiec z oprzyrządowaniem dla osób z niepełnosprawnością. A w Polsce, przede mną, samodzielnie szybowcem jeszcze nigdy nie latała osoba z niepełnosprawnością. Szukałem więc na świecie fabryki, która wykona szybowiec specjalnie dla mnie. Na moją prośbę odpowiedziała fabryka z Republiki Południowej Afryki. W 2011 r., już w nowym szybowcu, w miejscowości Gariep Dam w RPA przeleciałem po pasie trójkąta samodzielnie 1028 km za co otrzymałem specjalne wyróżnienie Międzynarodowej Federacji Lotniczej FAI. Dwa lata później zostałem członkiem kadry narodowej. A w 2015 r., czyli 6 lat po wypadku, zdobyłem tytuły wicemistrza Europy i wicemistrza Polski.
ROZWIŃ SKRZYDŁA
wspomnienie pierwsze
Nazwisko: Jędrzej Jaxa-Rożen znałem z artykułów w „Przeglądzie Lotniczym”. Później dowiedziałem się, że też jest osobą z niepełnosprawnością. Osobiście poznaliśmy się przypadkiem podczas rehabilitacji we Wrocławiu. Nęciłem Jędrzeja, tak jak mnie kiedyś nęcili, żeby dał sobie spokój z motolotnią i zaczął latać na szybowcach. Obiecałem, że go tego nauczę. Pojawił się jednak kolejny kłopot, bo mój szybowiec był jednoosobowy. Aby zakupić dwuosobowy Duo Discus, zawiązaliśmy spółkę z dwoma innymi kolegami. Wsparcia finansowego udzieliła nam też Fundacja Avalon. Mieliśmy zatem już dwuosobową maszynę ze specjalnym oprzyrządowaniem i Jędrka, który chciał na niej latać. Zrobiłem kurs instruktorski i w Aeroklubie Ziemi Lubuskiej zaczęliśmy szkolić Jędrzeja na szybownika. I wtedy pojawił się Karol Włodarczyk z Fundacji PODAJ DALEJ z pomysłem, aby połączyć nasze działania. Tak właśnie powstał projekt ROZWIŃ SKRZYDŁA, do którego włączyłem się jako instruktor.
Z projektu odszedłem po kilku latach. Raz, że chciałem rozwijać swoją karierę zawodniczą; dwa – zrozumiałem, że szkolenie „od zera” nie leży w mojej naturze; a trzy – zajmowanie tylnego siedzenia w kokpicie nie było dobre dla mojego zdrowia. Bolały mnie nogi, bo jest tam za mało miejsca, abym je wygodnie ułożył. Co więcej, niedoświadczeni szybownicy lądują na podłożu twardo, co odczuwał boleśnie mój uszkodzony kręgosłup. Wciąż jednak wspieram projekt „duchowo”. Moim zdaniem, doskonale pokazuje on tym osobom z niepełnosprawnością, które nie widzą dla siebie przyszłości, że zmotywowany i zdeterminowany człowiek osiągnie wszystko bez względu na to jak się porusza. A przecież każdy z nas musi mieć jakąś „gwiazdkę”, o której śni. Mnie się śnią zawody. Każdej nocy w nich „startuję”. Oczywiście – na jawie również.
Wróciłem też do kartingu. Wskrzesił mnie, 59-latka, znowu do boju. Odkryłem go na nowo jako doskonałą formę i treningu mentalnego i rehabilitacji fizycznej. Zawodowo zaś zajmuję się renowacją pięknego obiektu – starej, ponad 100-letniej poczty w Bytomiu. Chcę ocalić ją od zniszczenia, aby służyła kolejnym pokoleniom jako obiekt użyteczności publicznej. To mój ukłon w stronę historii. W zwracając się ku nowoczesności – pomagam pewnemu geniuszowi inżynierii w stworzeniu nowatorskiego silnika. Ma się rozumieć – lotniczego.


